wtorek, 22 lipca 2014

WW, rozdział 3, cz. II

***
Okryła się ciemnozielonym płaszczem i podeszła do drzwi, uchylając je tak, aby mogła zajrzeć na pałacowy korytarz. Mimo wszechobecnej ciemności była pewna, że jest pusty. Wyszła z komnaty i cichutko stąpając po żółtawej posadzce, udała się w kierunku kuchni. Słyszała jedynie stłumione parskania koni, kiedy przechodziła w pobliżu stajni albo poćwierkiwania ptaków. W końcu dotarła do odpowiednich drzwi i wstrzymała oddech otwierając je. W środku, tak jak wszędzie, panował mrok. W środku nocy każdy pogrążony był we śnie. Tylko nie ona, nie przyszła królowa. Ona nie mogła spać, bała się koszmarów. Potworne obrazy pojawiały się w jej umyśle, kiedy tylko zamykała oczy. 
Przygryzła wargę, gdy nienaoliwione zawiasy skrzypnęły. Weszła do środka dużego pomieszczenia i wyciągnęła przed siebie ręce, badając otoczenie. Nie chciała natknąć się na stół, albo krzesło. Wydawanie dźwięków musiało zostać ograniczone do minimum. W końcu odnalazła szafkę, a w niej szufladę, gdzie służba trzymała świece. Wyjęła dwie i zapaliła je, oświetlając kuchnię. Jedną zostawiła na blacie, natomiast drugą zabrała ze sobą. Zdjęła kaptur i rozejrzała się. Nie spiesząc się przechadzała się między meblami, gdzie stały przetwory i przyprawy. Wąchała je, smakowała, oglądała... Z czystej ciekawości i chęci zabicia czasu. Mijając gablotę z naczyniami na specjalne okazje, oświetliła coś, czego nie spodziewała się tam zobaczyć. Na widok twarzy nieznajomego, który stał w bezruchu, odskoczyła, a świeca upadła na ziemie, zapalając starą szmatę, leżącą pod stolikiem. Materiał natychmiast zajął się ogniem, a tajemniczy obserwator nie tracąc czasu doskoczył do wiadra z wodą do mycia podłóg i ugasił pożar, zanim dziewczyna zdążyła postąpić choćby krok. 
- Nie ma za co – mruknął, kręcąc nosem nad pozostałościami wysłużonej ścierki. - Więc to Wasza Wysokość podjada nam słodkości...
- Am... przepraszam... - szepnęła, nie podnosząc wzroku. Była zmieszana, a on był dumny z siebie. Nakrył złodzieja. W pewnym sensie...
- Nie przepraszaj, to twoja kuchnia. Twój pałac. Twoja ziemia. Czy Wasza Wysokość życzy sobie śniadanie? 
- Jesteś kucharzem?
Będę... Na razie jestem tylko pomocnikiem, ale mówią, że dobrze rokuję. To jak?
Skinęła głową i usiadła przy stole, podczas gdy on zapalił więcej świec i umył ręce.
- Może po prostu odgrzeję kolację?
- Dobrze, dziękuję. 
- Chyba, że wolisz ciasto... - Teatralnym gestem odkrył pokrywę, pod którą znajdował się jeden z najlepszych specjałów szefa kuchni. 
Jej uśmiech uznał za „tak” i odkroił dwa pokaźne kawałki, po czym jeden z nich przełożył na talerz. Podał jej i usiadł naprzeciwko zajadając się drugim. 
- Jeśli mnie nie zdradzisz, to ja nie zdradzę ciebie. Umowa stoi? - zapytał z czarującym uśmiechem, a dziewczyna ukryła rumieńce pod jasnymi lokami, które okalały jej twarz.
Pokiwała głową. To był początek obiecującej znajomości, opartej na conocnym objadaniu się i pogaduchach na tematy, których Torunn nie mogła poruszać z nikim, od kiedy wróciła z Midgardu. Oddaliła się od matki, a ci wszyscy ludzie, którzy otaczali ją od czasów dzieciństwa, nagle stali się obcy. Kai stał się jej powiernikiem i jedynym przyjacielem, na jakiego mogła liczyć. 

poniedziałek, 14 lipca 2014

WW, 3 rozdział, fragment

Wiadomość o chorobie lub śmierci bliskiej osoby odbierana jest na różne sposoby. Wiele zależy od tego, jak się o tym dowiadujemy.
Kiedy Bifrot przeniósł Torunn do Asgardu, Heimdal - strażnik mostu - poprosił by niezwłocznie udała się do pałacu, ponieważ jej matka ma do przekazania bardzo ważne wieści. Młoda wojowniczka o nic nie pytała, wyruszyła w drogę, ciesząc się, że po miesiącach nieobecności w końcu powróciła do domu.
Wrota do sali tronowej stały otworem. Dziewczyna przekroczyła je pewnym krokiem i rozejrzała się. Słyszała jedynie stukot swoich butów, była sama.
- Matko? - zawołała, nie zatrzymując się.
Stanęła dopiero przed tronem. Wtedy boczne drzwi skzypnęły, a do sali weszła kobieta, nie mogącą mieć więcej niż czterdzieści lat. Powagi dodawały jej związane w kok brązowe włosy. Miała na sobie ciemne szaty, sptlotła ręce na wysokości pasa i popatrzyła na swoja kochaną córkę z niewyobrażanym smutkiem. W tym spojrzeniu krył się również strach. Strach przed tym, co miała do przekazania.
Dziewczyna zauważyła to, dlatego podeszła do niej trochę niepewnie. Uściskały się, a potem Torunn przyjrzała się matce z troską.
- Co się dzieje? - zapytała cicho. - Gdzie jest ojciec?
- Musimy o tym porozmawiać - odpowiedziała. Jej oczy mimowolnie wypełniły się łzami, a księżniczka przetłumaczyła to sobie. Wstrzymała oddech, bojąc się, że myśli, jakie pojawiły się w jej głowie, okazą się prawdą. - Usiądźmy... - dodała, obejmując córkę i wskazując na marmurowe schody.
- Matko... - zaczęła, jednak nie potrafiła zadać pytania. Głos załamał się, a serce biło znacznie głośniej. Słyszała każde uderzenie.
- Zabronił ci mówić. Nie chciał byś wiedziała o chorobie... Jakiś czas przed twoim wyjazdem ktoś podał mu truciznę, na którą nawet on nie był odporny. Medycy nie znali tej substancji... Nie mogli nic zrobić...
Torunn skupiała się na każdym słowie, analizowała zdania i starała się zrozumieć. Jednak nie potarfiła.
- Dlaczego o niczym mi nie powiedzieliście!? - wybuchnęła. - Gdybym wiedziała... Nie wyjechałabym! Nie zostawiłabym go!
- Właśnie dla tego, kochanie. Właśnie dla tego... Wiesz jak kochał Midgard. Pragnął, byś pomogła im zwalczyć zło tak, jak sam robił to przez całe życie.
- Ale, matko... - Wyciszyła się i wbiła wzrok w podłogę. - Kiedy...
- Kilka tygodni temu. - Przytuliła ją, głaszcząc po ramieniu, by dodać otuchy, której sama potrzebowała. - Torunn, kochanie... wiesz, co będziesz musiała zrobić, prawda? Co cię teraz czeka, co jest ci pisane...
Skinęła głową, nie mogąc wydusić ani słowa. Całe ciało odmawiało posłuszeństwa, informacja o śmierci ojca sparaliżowała ją.
- Chcesz żebym z tobą została? - zapytała czule, wciąż tuląc blondynkę.
- Nie... - zdołała wymówić, a kobieta wstała i popatrzyła na nią z wahaniem. Jednak zdecydowała się odejść. Pozwolić córce na poukładanie myśli i zrozumienie.
Odwróciła głowę i popatrzyła na okazały, złoty tron. Nieobecne spojrzenie błądziło po ścianach ogromnej sali. Po kolumnach i zdobieniach... Dopiero wtedy pojęła, dotarło do niej. Siedząc na schodach, gorzko zapłakała. Ukryła twarz w dłoniach, ale łzy odnajdywały drogę między placami i uciekały na posadzkę.

poniedziałek, 7 lipca 2014

rozdział 2 WW

Audrey Hover uważnie wpatrywała się w ekran telewizora, tak samo jak dziesięciu jej najbliższych przyjaciół. Relacja z obrad parlementu w Kapitolu była emitowana na żywo. Wokół budynku zebrały się tłumy ludzi.
- Zatwierdzą to - mruknął Even.
- Każdy to wie.
- Nie wiem po co to oglądamy. Wiadomo, że zaostrzą przepisy.
- Zamknijcie się wszyscy! - warknęła zairytowana Drey i teatralnym gestem podgłośniła urządzenie.
"Dzisiaj najważniejsi urzędnicy w państwie zebrali się, by omówić nowe ustawy dotyczące mutantów. Po wydarzeniach sprzed sześciu miesięcy rząd podchodzi do tematu bardzo stanowczo. Dowiedzieliśmy się, że istanieją jeszcze nierejestrowani mutanci, nawet tacy o siódmym stopniu zagrożenia. Proszę się jednak nie martwić, kraj dba o swoje społeczeństwo. Nowe przepisy najprawdopodobniej zaczną obowiązywać od przyszłego tygodnia" - mowiła młoda reporterka, a w tle widać było Amerykanów z transperentami, na których umieszczono hasła głoszące nienawiść do nadludzi. "Już za chwilę dowiemy się czegoś konkretnego, proszę zostać z nami."
- Ale wszyscy sa przeciwko nam...? Co z Tarczą? Przecież... - zaczął młody mutant, jednak Audrey przerwała mu, będąc w parszywym humorze.
- Tarcza nie ma nic do gadania, Clint. Mają pilnować porządku, ale nie mają prawa głosu. A jesli zaczęliby się stawiać, zmieniliby dowódce na swojego zafanego człowieka. Będziemy musieli być ostrożniejsi.
- Nie da się bardziej uważać... - szepnął ktoś z ostatniego rzędu.
- Na razie musimy czekać. Kied sprawa przycichnie zajmiemy się działaniem.
"Tak, mamy dla państwa dobre wieści!" - Reporterka ponownie pojawiła się przed kamerą. "Nowe ustawy zostały wprowadzone!"
- Idę stąd - ogłosił zrezygnowany Even, a nie wiedząć żadnej reakcji, ze znudzeniem kopnął w niedomknięte drzwi i opuścił pomieszczenie z rękami w kieszeniach jeansów. Teleportował się do spiżarni, by wziąć sobie przekąskę na wieczór. Jego uszy od razu wychwyciły niepożądane dźwięki, więc znieruchomiał, starając się dosłyszeć coś więcej. Ktoś tu był. Może dwie osoby.
Wolnym krokiem przeszedł się wzdłuż ściany, regały z jedzeniem były porozstawiane bardzo gęsto, nie sposób było coś dojrzeć. Chłopak wzruszył ramionami i sięgnął po paczkę chipsów. Wyszedłby i zapomniał o wszytskim, ale tak się nie stało, gdyż błękitne promienie nagle odrzuciły go na ściane. Zanim w nią uderzył zdołał teleportować się w miejsce, z którego wystrzelono wiązki.
- Ładnie to tak? - zapytał, gdy drobna blondynka z zaskoczeniem zarejestrowała jego obecnośc tuz obok. Nie zastanawiała się jednak długo. Złapała za opakowanie mąki jednym ruchem rozdarła papier, rzucając paczkę w kierunku mutanta. Zerwała się do biegu, a Even pokręcił głową, wywracając oczami i niemal natychmiast pojawił się przed nią. Złapał dzieewczyne za ręce i wykręcił je do tyłu by nie mogła powtórzyć numeru z promieniami.
- Jeśli powiesz kim jesteś i co tu robisz, to może cię nie zabije - szepnął jej do ucha.
Nie miała zamiaru odpowiadać. Machnęła głową tak, że [rawie rozbiła mu nos. W tym samym momencie kopnęła go w kostkę. Uwolniła się i nie tracąc czasu uciekła w kierunku drzwi na korytarz. Wybiegł za nią z kilkudekundowym opuźnieniem, ale szybko zatrzymłą się i zaklął pod nosem. Mogła udać się wszędzie, podziemne przejścia rozciągały się pod niemal całym San Francisco. Zaklął pod nosem i teleportował się do biura dowództwa ruchu oporu.
- Mamy gościa - powiedział, zwracając na siebie uwagę zebranych. - Mutantka.
- Zbierzcie ludzi i złapcie ją. Jeśli jest szpiegiem i wyjdzie na powierzchnię...
To wystarczyło, by wszyscy obecni wyruszyli na poszukiwania. Even opisał ją, a minutę później z głośników zaczęto nadawać komunikat. Każdy mutant w bazie rozglądał się, wypatrując blondynki pasującej do portretu pamięciowego.
  - Jest przy zbiornikach - poinformował jeden z wyżej postawionych.
Akcja przeniosła się do jaskini, gdzie ustawiono cysterny z pitną wodą. Audrey machnęła ręką, dając znać, że reszta ma się rozejść. Jedenastu mutantów rozpoczęło polowanie. Niektórzy z nich zabrali ze sobą pistolety, innym wystarczyła moc. Stąpali z największą ostrożnością, wiedząc, że najcichszy szmer może ich zdradzić. Sami oczekiwali takiego szmeru ze strony uciekinierki. Przez kilkadziesiąt sekund przeszukiwali pomieszczenie, a kiedy byli już pewni, że jej tam nie ma - dziewczyna zaskoczyła wszytskich, zeskakując ze skalnej półki i rażąc ich silnym promieniem. Uciekła. Znowu.
- Kim, do cholery, ona jest!? - warknęła Audrey, zbierając się z ziemi. - Gonić ją! - dodała rozeźlona.
Cała banda puściła się za blondynką, która bawiła się coraz lepiej. Z kpiącym uśmieszkiem na twarzy przemieszczała się przed nieznane korytarze, starając się zapamiętać jak najwięcej. Poczuła delikatny zefirek, wiedziała, że zmierza we właściwym kierunku. Usłyszała krakanie i westchnęła z ulgą. Wyjście było już blisko. Odgarnęła kawał starego dywanu, który maskował wylot z nory i zmrużyła oczy, pod wpływem ostrych promieni słonecznych. Kiedy przyzwyczaiła się do światła - zauważyła, że wcale nie poszło jej tak dobrze jak sądziła.
- Mamy cię - powiedział teleporter. Poczuła się słabo, wiedziała, że stojący obok telepata właśnie zakrada się do jej umysłu i usypia ją. Straciła przytomność dokładnie pięć sekund później.
***
Zamrugała starając się przyzwyczaić do oślepiającego światła lampki zawieszonej pod sufitem. Pomieszczenie było ciasne, znajdował sie tam jedynie stół i dwa krzesła. Do jednego z nich została przywiązana. Wystarczyła jedna próba wyrwania się z uwięzi by otworzyły się drzwi. Do środka weszły dwie osoby: telepata i Audrey Hover. Mutantka usiadła na przeciwko, a chłopak stanął tuż obok niej ze skrzyżowanymi rękoma.
- Nie jesteś zarejestrowana - powiedziała Hover. - Sprawdziliśmy cię, ale musimy się dowiedziec kilku rzeczy od ciebie, nie z bazy danych Tarczy.
Nie zareagowała. Patrzyła w jedne, nieruchomy punkt na ścianie, a kiedy przysłonił go chłopak - przeniosła wzrok na stół.
- Anita Johnes - kontynuowała - jesteś agentką Żołnierzy. To znaczy byłaś. W końcu wszytsko się rozpadło... Co tutaj robisz? Gdybyś chciała się przyłączyć podeszłabyś do tego inaczej. Ty nas szpiegowałaś. Dlaczego? Dla kogo?
Blondynka wciąż wydawała się być niezainteresowana rozmową.
- W porządku. Clint, twoja kolej.
Zamienili się miejscami. Dziewczyna nie mogła zrobić nic, poza wzniesiem muru obronnego w swojej głowie. Telepata szybko rozbił go i dostał się do środka. Przeglądał jej myśli jak gazetę. Nie podobało jej się to.
- Przestań... - powiedziała, starając się odbudować zaporę. Na nic.
- Przestań! - powtórzyła znacznie głośniej.
- Powiesz nam wszystko?
Popatrzyła na niego. W jej głowie przechowywane były informacje, których nikt nie mógł poznać. Ujawnienie historii z kilku ostatnich miesięcy czy nawet lat nie było wygórowaną ceną. Skinęła głową.
- Miałaś przy sobie aparat, robiłaś zdjęcia z zewnątrz i wewnątrz. Po co? Dla kogo?
- Dla pewnego gościa - odparła. - Chcę wiedzieć jak wygląda sytuacja mutantów.
Audrey zerknęła na telepatę, który przesłał jej krótkie potwierdzenie. Na razie mówiła prawdę.
- Co to za gość? Po co mu ta wiedza?
- Może ciekawość.
- Czemu sam tu nie przyjdzie?
- Nie może.
- Dlaczego? - zapytała Drey, czując, że traci cierpliwość.
- Ukrywa się. Nie może się wychylać. A już na pewno nie może ujawnić się mutantom.
- Dlaczego? Boi się?
- Sam nim jest, więc nie. Nie boi się.
- Czekaj... już nie rozumiem. Skoro jet mutantem, to tym bardziej powininen się tu pojawić. Dlaczego tego nie zrobi? Dlaczego się ukrywa i to w takim momencie? Rząd znowu zacieśnia więzy.
- Nie może nikomu ufać.
- A ty? Tobie ufa?
- Nie do końca... Nigdy się nie spotkaliśmy. Nie wiem jak wygląda, jak się nazywa. Mówi o sobie Phantom. A porozumiewany się przez internet, doastje pienieze przelewem, informacje wysyłam mu bezpiecznymi komunikatorami.
- Jak cię znalazł? Albo jak ty znalazłaś jego?
- Zostałam wyszkolona po to, by mu pomagać. Dokładnie w dwa lata po zakończeniu Wielkiej Wojny mieliśmy się skontaktowac po raz pierwszy.
- Ciągle nam czegoś nie mówisz. Dlaczego ukrywa się samotnie i nie ujawnia się nikomu. Powiedz to, albo mój przyjaciel sam znajdzie odpowiedz - zagroziła, zacisjając zęby. To nie miało dla niej sensu.
Anita cicho westchnęła, jakby analizując dostępne opcje. Zdała sobie sprawę, że jest tylko jedna - powiedzieć.
- Phantom jest mutantem dziesiątej klasy.

środa, 7 maja 2014

Chris

Imię: Christopher
Nazwisko: ****** (tajne)
Wiek: 23 lata
Oczy: ciemnobrązowe
Włosy: ciemny blond, nie można nazwać ich krótkimi, ani długimi
Charakter: Wieczny marzyciel i optymista. Zna się na koniach i potrafi z nimi rozmawiać, jednak prawie wcale nie jeździ. Próbował się uczyć, ale stwierdził, że mu wystarczy i wrócił do machania łopatą. A nawiasem mówiąc  macha nią jak mało kto i rekord w wywożeniu obornika na czas, ku oburzeniu Harry'ego, należy właśnie do Chrisa. Świetnie rysuje, szczególnie konie, jednak nie lubi chwalić się swoim talentem.
Dyscyplina: -
Funkcja w stajni: stajenny
Ulubiony koń: Ardiente, The Key


*amazonka/jeździec - znaczy, że dana osoba regularnie się szkoli, a także reprezentuje nasza stajnię podczas zawodów




O nas
Zacznę od tego, dlaczego znowu się przenoszę... Były już przynajmniej cztery stajnie, w tym dwie, które tworzyłam z innymi koniarkami. Nie czuje się dobrze gdy jestem sama, ale gdy mam u boku drugą, równą mi osobę, jest jeszcze gorzej... ;D No nic, po raz kolejny spróbuje pobawić się w virtual w samotności. A nóż się uda. :)

Nasz dziennik

Stark Stable położona jest w południowych rejonach półwyspu Krymskiego, konkretnie w okolicach miasta Orlyne. Do morza dojedziemy w dwadzieścia pięć minut wierzchem.



Chociaż wkoło jest masa pagórków, a teren jest mocno nierówny, znaleźliśmy idealne miejsce na zbudowanie niewielkiej stajni z kilkoma hektarami na pastwiska. Widoki są niesamowite.



Nie było łatwo z remontem starych zabudowań gospodarskich, jednak po kilku miesiącach ciężkiej pracy w końcu udało się postawić dwie stajnie, dom dla nas i pracowników oraz dużą krytą halę. Konie otrzymały także kilka padoków o różnych wielkościach.


stajnia klaczy (taka sama jak dla ogierów)

siodlarnia

myjka

lonżownik

kryta hala

maneż skokowy

maneż ujeżdżeniowy

prowizoryczny tor wyścigowy, kilkanaście kilometrów od naszej miejscowości
Nasz dom jest idealny, taki o jakim zawsze marzyłam. Zawiera trzy pokoje, dwa mniejsze i jeden duży, przestronny salon, dużą kuchnię połączoną z jadalnią i dwie łazienki na piętrze oraz parterze.



Mam nadzieję, że zatrzymam się tutaj na dłużej. Naprawdę podoba mi się to miejsce! ;)