czwartek, 19 lutego 2015

Opko Milka #4 a właściwie to #5

Książęta jak na komendę zasiedli na krzesłach przy stołach, na których wcześniej umieścili swoje zaawansowane technologicznie komputery. Remigiusz pstrykał palcami, podczas gdy Przemysław stroił dziwne miny, rozciągając twarz. Jan obserwował Milandres, która niespokojnie krążyła po sali i martwiła się o powodzenie misji. Pochwyciła jego spojrzenie i nieśmiało podeszła.
- Kiedy włamiemy się do jego baz danych, zablokujemy monitoring i zabezpieczenia. Wykradniemy też jakieś ważne dokumenty, tak na w razie czego – powiedział łagodnie, ujmując jej dłoń. - Będziesz musiała powiadomić czarnoksięzników, że już czas.
- Będą mieli godzinę na dotarcie do zamku, od kiedy damy ci sygnał – uzupełnił najstarszy brat i skinieniem podziękował Ann, która położyła na blacie butelkę ze schłodzoną woda mineralną.
- Rozumiem – odparła Mila i smutno się uśmiechnęła.
- Jeszcze dziś będzie po wszystkim – szepnął do niej Jasiek, co trochę poprawiło jej humor.
- No dobrze, chyba jesteśmy gotowi? - zapytał Przemek, a reszta się z nim zgodziła.
Ten sam chłopak jako pierwszy założył słuchawki z mikrofonem, a potem uczynili to jego bracia. Odpalili sprzęt i zalogowali się. Milandres cały czas zaglądała przez ramię Jana, co trochę go rozpraszało, ale w tym pozytywnym sensie. W końcu poprosił by usiadła obok niego, co też chętnie uczyniła.
- Dobra, chłopcy! Bierzemy się do roboty!
*
W tym samym czasie Remmeliena poddawana była torturom. Uparcie kłamała, że nie ma pojęcia o żadnym zaklęciu, ale była pewna, że długo już nie wytrzyma. Kiedy Caprion wydobył z ogniska rzężący się pogrzebacz, stało się coś dziwnego. Prowizorycznie wykonana strzała przeszyła mu rękę.
Remy nie miała czasu by się temu przyjrzeć, ponieważ ktoś dopadł do niej i majstrował przy kajdankach. Już po kilku sekundach była wolna, a przybysz w kapturze pociągnął ją w głąb lasu.
- Pospiesz się! Zaraz zaczną nas gonić! - warknął, dzięki czemu mogła rozpoznać jego tożsamość. To był Ray.
- Mają krew jednorożca i wcale nie zamierzają walczyć dla Milandres – wysapała w biegu.
- Zdradliwe szuje...
- Musimy jej powiedzieć, inaczej cały plan weźmie w łeb!
- Za późni – powiedział, uprzednio zerkając na zegarek na ręku. - Już zaczęli. Musimy dostać się do zamku.
*
Wysłanie tajnej, magicznej wiadomości było trudne dla kogoś, kto nie posiada specjalnych zdolności. Milandres długo ćwiczyła, zanim udało się jej właściwie wypowiedzieć słowa zaklęcia i połączyć potrzebne zioła w wywarze. W końcu jednak zobaczyła w garnku twarz Capriona. Nie wyglądał dobrze.
- Możecie wkraczać! - powiedziała.
- Zapomnij, księżniczko! - odparł groźnie. - Skończyliśmy z tobą, musisz radzić sobie sama!
-  Co?!
- Jajco! Rozłączam się!
Zaskoczona i całkowicie oniemiała Mila długo jeszcze stała w kuchni i nie bardzo wiedziała co właśnie zaszło. W otępieniu zjawiła się w głównej sali, czym zwróciła na siebie spojrzenia Annite i książąt. Wiedzieli , że coś jest nie tak...
- Mila? Co się dzieje? - Jan zerwał się z krzesła i podbiegł do niej.
- Oni... oni... - Po policzkach spłynęło kilka łez, a wargi księżniczki niebezpiecznie zadrżały. Dziewczyna wtuliła się w Jaśka i całkiem rozkleiła. Chłopak przytulił ją do siebie i uspokajająco gładził jej plecy, w kółko powtarzając „Ciii, maleńka, wszystko będzie dobrze”.
Zaprowadził ją do baru, a Annite podała jej szklankę soku pomarańczowego. Usiadł obok i wciąż głaszcząc po plecach zapytał:
- Powiesz mi co się stało...?
- Czarnoksiężnicy odmówili pomocy... Jestem zdana na siebie. Ale... nie da rady...
- Mila! Masz mnie! To znaczy nas... - zarumienił się. - I jesteś silna! Wiem, ze dasz radę pokonać Podkoya. Ba, potrafiłabyś nawet sama, ale na Twoje szczęście trafiliśmy ci się my.
Uśmiechnęła się i wytarła łzy rękawem.
- Tak myślisz? Że mogę... 
- Możesz zrobić wszystko – odparł. - Jesteś Milandres! Księżniczka tego zakichanego kraju!

Opko Mila #3

Na niebie nie było chmur, więc Milandres doskonale widziała wszystkie gwiazdy. Siedziała na parapecie przy otwartym oknie, owinięta w koc i z kubkiem gorącej czekolady w dłoniach. Cicho westchnęła i uśmiechnęła się do siebie na myśl, że już niebawem to wszystko się skończy. Wszystko co złe odejdzie w niepamięć. Podkoy zginie lub zostanie skazany na banicję, a ona obejmie tron.
Z zadumy wyrwało dziwne skrzypienie na korytarzu. Ostrożnie zeszła na podłogę i schowała się za parawanem. Powoli oddychając, wsłuchiwała się w coraz głośniejsze, miarowe uderzanie butów. Ktoś zmierzał w stronę pokoi. Odetchnęła z ulgą, gdy minął jej drzwi, ale słysząc, że ów przybysz zatrzymał się kilka metrów dalej na nowo ogarnął ją niepokój. Remy...
Złapała leżący na stoliku złoty dzbanek i zakradła się do wyjścia. Tamten wszedł już do pokoju obok, starając się zachować ciszę.
Mila z duszą na ramieniu wyszła na korytarz i ciężko przełykając ślinę zajrzała do lokum przyjaciółki. Nad łóżkiem stała Zaforia. Jednym celnym ciosem ogłuszyła wciąż śpiącą dziewczynę, a zza pazuchy wyciągnęła miotłę. Mila mimowolnie pisnęła, co zwróciło uwagę sprawczyni.
- Co robisz?! - krzyknęła Milandres, jednak nie usłyszała odpowiedzi. Zamiast tego kucharka teleportowała się do niej i wbiła sztylet w brzuch księżniczki.
Mila cicho jęknęła, osuwając się na ziemie, kiedy to Zaforia pochwyciła nieprzytomną Remmelienę i wyskoczyła z nią przez okno, w losie dosiadając miotły, która poniosła ją w siną dal.
Z pokoju naprzeciwko wyskoczyli Jan i Remigiusz. Pierwszy natychmiast padł przy księżniczce i czule objął jej bladą twarz.
- Wszystko będzie dobrze! Tylko nie zasypiaj!
- Co się stało?! - wykrzyknęła Annite.
W przeciągu kilku sekund zapaliły się wszystkie lampy, a każdy mieszkaniec gospody pojawił się na miejscu zbrodni.
- Porwała Remy... - wyszeptała ranna.
Jan zdjąwszy koszulę, zaciskał teraz materiałem ranę na brzuchu Mili.
- Niech ktoś sprowadzi pomoc! - zdenerwował się.
- Znam kogoś, kto może ją uzdrowić – powiedziała Ann. - Jest szamanką, nazywa się Elvira. Zadzwonię do niej. - Po czym odeszła na koniec korytarza, wybierając odpowiedni numer na swoim smartphonie.
Kilka minut później z oparów dymu wydobywających się z kominka w głównej sali, zmaterializowała się wysoka niewiasta o intensywnie błękitnych oczach i kontrastujących z nimi czarnych włosach poprzetykanych pajęczą siecią. Ubrana była w prostą, długą i nieco poobdzieraną suknię, a na ramieniu zawiesiła sobie torbę, z której wystawały jakieś liście. Milandres ułożono na jednym ze stołów. Dziewczyna bardzo cierpiała, chociaż starała się być twarda i nie okazywała jak silny ból odczuwa. Żartowała nawet z umięśnionego torsu Jana, co bardzo poprawiło mu humor.
- Odsuńcie się – poleciła Elvira, wyjmując kilka listków. - Masz, musisz to przeżuwać – włożyła jej do ust kilka z nich, a resztę ułożyła na ranie.
Dziewczyna posłusznie wykonała zadanie. Zebrani ze zdziwieniem stwierdzili, że roślina ma właściwości magiczne i rozcięcie goi się w zatrważającym tempie. Po chwili nie było już po nim ani śladu! Mila usiadła na stole i zaśmiała się wesoło.
- Dziękuję ci!
- Nie ma sprawy, bylebyś tylko pokonała tego durnego Podkoya... Życze zdrówka! Na razie!
Zniknęła tak samo jak się pojawiła, a Jan korzystając z zamieszania pocałował dziewczynę w policzek. Mila zarumieniła się, ale zaraz przypomniała sobie co miało miejsce.
- Zaforia porwała Remy! To ona była szpiegiem!
- No ale po co jej mutantka? - zapytał Przemysław, stojący w pobliżu.
- Może chcą z niej wyciągnąć więcej informacji? - zastanowił się Remigiusz, a jego bracia pokiwali głowami.
- Musimy ją odnaleźć! - Mila zeskoczyła ze stołu i skierowała się do drzwi wyjściowych.
- Nie możesz! - Jan złapał ją w pasie, a potem stanął przed nią i spojrzał głęboko w oczy z nieukrywaną troską. - Nie możesz wychodzić, jeśli coś ci się stanie Podkoy będzie panował już do końca. Zniszczy wszystko i wszystkich! Jesteś naszą ostatnią nadzieją, droga Milko...
- Ja pójdę – odezwał się Ray z naprawdę groźną miną. Złapał za miecz, oparty o ścianę i bez dalszych wyjaśnień opuścił mury gospody pod Zgniłym Dorszem.
- Powodzenia... - szepnęła za nim Milandres.

*

Remy obudziła się, ale przez paskudny ból głowy nie potrafiła nawet otworzyć oczu. Leżała na czymś, co przypominało jej leśną ściółkę. Szybko odkryła także, że jest do czegoś przywiązana. Kiedy w końcu udało się jej podnieść powieki, spostrzegła się, że nastał już dzień. Ostre światło bardzo ją raziło, jednak musiała zorientować się w sytuacji. Przypięto ją kajdankami do wystającej z ziemi rury. Po chwili doszła do wniosku, że znajduje się na uboczu obozu czarnoksiężników. Tak, poznała to miejsce.
- Nic nie możesz już zrobić...
Doskonale pamiętała ten ochrypły głosik. Powoli odwróciła głowę w kierunku staruszki,stojącej kilka metrów dalej. Miała nieco przeźroczyste ciało i podpierała się laską.
- Rubella! - warknęła Remmeliena, nerwowo zaciskając dłonie w pięści. - Ty stara krowo! Czego chcesz?!
- Napawam się tylko twoim rychłym końcem – zachichotała.
- Jeszcze ci mało?! Porwałaś moją siostrę! Zmusiłaś mojego ojca by popełnił samobójstwo! Otrułaś mojego chomika!
- Teraz czas rozprawić się z tobą.
Zjawa zniknęła, rozmyta przez nagły podmuch wiatru. Wtedy podszedł do niej Sack Caprion we własnej osobie. Najpotężniejszy czarownik, przywódca sabatu i zapatrzony w siebie gnojek.
- Myślałam, że możemy wam ufać! - uniosła się Remy, ale w odpowiedzi usłyszała tylko znudzone westchnięcie.
- Widzisz, mutantko, znasz pewne zaklęcie, którego bardzo nam potrzeba... Mamy krew jednorożca i musisz otworzyć buteleczkę.

Dziewczyna popatrzyła na niego ze zdumieniem. To niemożliwe... Krew jednorożca była obecnie najrzadsza i najbardziej pożądaną substancją na świcie! Nikt nie mógł jej zdobyć. Nawet na czarnym rynku nie dało się znaleźć choćby kropli! A trzeba wiedzieć, że nawet jedna mała kropla wyjątkowej cieszy potrafiła zdziałać cuda... Co jeśli Caprion miałby cały flakonik? I jeśli działałby u boku Podkoya... Remy westchnęła, a w głowie powtarzała się tylko jedna myśl: „mamy przesrane”.

środa, 18 lutego 2015

Opko dla MM #2

Podkoy stał przed kotłem, w którym gotowała się dziwna, ciemna ciecz. Pływał w niej makaron w kształcie literek, bowiem ów potwór wykorzystywał je do przekazywania wiadomości. Patrzył w głąb mosiężnego naczynia, aż w końcu jego szpieg znalazł chwilę, by ugotować specjalny wywar i przekazać władcy informacje.
Bestia uważnie obserwowała tworzące się na powierzchni wyrazy, a potem zdania.
- Milandres sprowadziła do królestwa hakerów. Trzech z nich przebywa w gospodzie pod Zgniłym Dorszem. Jutro rozpoczną atak – odczytał powoli.
Pokiwał głową i rozejrzał się po komnacie. Doskoczyła do szafy, po czym błyskawicznym gestem wyciągnął z niej swoje najlepsze kalesony i płaszcz. Odział się w nie, na koniec nałożył jeszcze słomiany kapelusz na paskudną łepetynę i wybiegł z pomieszczenia trzaskając drzwiami. Musiał natychmiast odnaleźć czarnoksiężnika, o którym mówiła mu Rubella i zawrzeć z nim umowę. W palcach zakończonych długimi, zadartymi w dół pazurami, trzymał małą szkatułkę, którą dostał od zjawy.
Zbiegł do zamkowego garażu i wsiadł do swojego fiata 126p o sraczkowatej barwie lakieru. Silnik odpalił za trzecim razem, toteż władca uśmiechnął się z zadowoleniem. Rzadko kiedy miał takie szczęście.
Wypuszczając z rury wydechowej całe chmary ciemnego dymu ruszył ku południowym krańcom wsi, gdzie to według innego informatora mieli skryć się czarnoksiężnicy.
Jechał przez około pięć minut, a potem zaparkował pod rozległym dębem i wyruszył na poszukiwania nielegalnego obozu. Wiedział, że musi być ostrożny, bo inaczej magicy ewakuują się i nigdy więcej ich nie zobaczy. Może nie nigdy... Nie zobaczy ich do momentu, gdy przyjdą go zabić.
Wtem poczuł swąd dymu z ogniska i pieczonych kiełbasek. Niezdarny potwór przylgnął do ogromnego pnia i wychylił się, oglądając zebranie na pobliskiej polanie. Wokół tańcujących płomieni krzątało się ponad dwudziestu mężczyzn w długich, czarnych pelerynach i tyleż samo kobiet o płomiennie rudych włosach upiętych w dziwne, wysokie fryzury. Zakradł się na paluszkach tak blisko, jak tylko dało się to zrobić, bez alarmowania zbiegowiska. Niestety pomyliły mu się nogi i runął jak długi do brudnej kałuży, wywołując przy tym głośne plaśnięcie. Spojrzenia wszystkich uczestników powędrowały w jego stronę.
- Ekhm – odchrząknął Podkoy, zbierając się z ziemi. - Szukam czarnoksiężnika o imieniu Sack... Sach Caprion...?
- To ja! - Z tłumu wyłonił się groźny facet z kozią bródką i mieczem zawiszonym u pasa.
- Porozmawiajmy.
- Niby dlaczego miałbym cię wysłuchać, Podkoyu?
- Bo mam to! - W tym momencie otworzył szkatułkę i pokazał jej zawartość, gapiom.
Caprion natychmiast zmienił zdanie i zaprosił potwora do swojego namiotu. Lojalność Milandres lojalnością, ale to przecież była krew jednorożca!


Jan i jego dwaj bracia – Remigiusz oraz Przemysław, rozkładali właśnie swój sprzęt. Ray montował na dachu gospody antenę. Natomiast Mila, Remmeliene, Annite, a także nowa kucharka – Zaforia, siedziały na barze i sącząc kolorowe drinki obserwowały księciuniów.
- Zerka na ciebie – powiedziała Remy, szturchają Milkę w bok.
- Który? - zainteresowała się.
- Ten najmłodszy... Jan mu było?
- Jan, Jan... Jasiu... Jasieńko... - szeptała rozmarzona Milandres, gapiąc się na rzeczonego chłopaka, aż w 
końcu on także popatrzył w jej stronę. Speszyła się i cała czerwona opuściła wzrok, co jej koleżanki kwitowały chichotem.
- Jutro rano rozpoczynamy atak – powiedział zadowolony z siebie książę.
- Tak, do tego czasu mamy czas wolny. - Remigiusz uśmiechnął się po dokręceniu ostatniej śrubki w dziwnej, metalowej skrzyneczce.
Po kolacji Mila udała się na spacer. Idąc w kierunku jeziora rozmyślała tylko o tym by zatopić w Podkoyu jakąś ostrą włócznię, a najlepiej kilka. Zanim się obejrzała stała już nad wodą, a jej długą suknię w kolorze oceanu oblała fala przypływu. Podskoczyła przestraszona, gdy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciła się i z zaskoczeniem przyjęła do wiadomości obecność księcia Jana. Uśmiechnęła się i elegancko dygnęła, w momencie gdy chłopak się jej ukłonił.
- Dlaczego zdecydowaliście się mi pomóc? - zapytała, po chwili ciszy i wpatrywania się w horyzont.
- Dobrze jest mieć sojuszników... szczególnie takich... - Znacząco zerknął w jej stronę i uśmiechnął się.
Nie potrafiła powstrzymać się przed odwzajemnieniem gestu.
- Uda nam się – powiedział. - Pokonamy tego całego Podkoya i wrócisz na tron, księżniczko. Daję ci na to moje słowo.
- Nie możesz obiecywać takich rzeczy... Nie wiele możecie zrobić...
- Zrobię wszystko, aby ci pomóc – odparł hardo.
- Dziękuję...
- Wracajmy, zaraz się ściemni... - Podał jej ramie, więc przyjęła je i razem ruszyli w drogę powrotną, ciesząc się swoim towarzystwem przed nadchodzącą walką. 

niedziela, 15 lutego 2015

Opko dla Milki


Mila zaparkowała pod pięknie urządzoną karczmą. Zerknęła na postój dla koni, ale nie stał tam ani jeden wierzchowiec.
- Na szczęście knajpa jest pusta, będzie spokój – powiedziała.
Obydwie weszły do środka, ciekawsko się rozglądając. Za długą ladą stała rudowłosa dziewczyna, przeglądająca kolorowy magazyn. Podniosła wzrok słysząc kroki i zastosowała formowy uśmiech numer cztery.
- Witajcie, mam na imię Annite. W czym mogę pomóc?
- Co polecacie na obiad? - zapytała Remmeliena, zerkając na dużą tablicę z nazwami potraw i dopisanymi do nich cenami.
- Dziś schabowe. Kucharza zastrzelili dwa dni temu i no cóż... muszę sama gotować.
- No dobra, to weźmiemy dwa razy plus wino.
- Wybierzcie sobie stolik i poczekajcie jakieś piętnaście minut.
Zamówienie pojawiło się dość szybko. Twardy niczym głaz kotlet w końcu ugiął się przed sztyletem Mili, który dziewczyna zawsze chowała w specjalnej kaburze na nodze i nie ruszała się bez niego z domu. Okazało się, że broń przydaje się nie tylko przy posiłkach....
Do gospody siłą wtargnął cały zastęp Blackberries – wyszkolonych żołnierzy Podkoy'a. Remmeliena i Milandres wymieniły niespokojne spojrzenia, kiedy napastnicy biegli ku nim z ostrymi mieczami.
- Nie ma gdzie uciec! - krzyknęła pierwsza, wiedząc, że jedyne drzwi znajdują się zaraz za zbliżającymi się mordercami.
Złapała za drewniany wieszak na płaszcze, stojący nieopodal, ale to tylko rozbawiło przeciwników, którzy zdążyli je już otoczyć.
- Czego chcecie?! - warknęła Mila.
- Twojej głowy! Odciętej!
Wywróciła oczami.
- No jasne, poczekajcie chwilkę, zaraz odczepię i wam dam... - powiedziała bardziej do siebie niż do nich lekceważącym tonem. - Ej, Remy, co, do diabła, mamy teraz zrobić? Może jakaś magiczna interwencja, hmm? - szepnęła do towarzyszki.
- Nie umiem czarować.
- No to zrób co tam potrafisz...
Remmeliena powoli podniosła dłonie a spomiędzy palców wysunęły się metalowe, ostre szpony. Blackberries, w ilości sztuk ośmiu, na chwilę zatrzymali się, ale ostatecznie uznali, że poradzą sobie z jedną, drobną mutantką. Zaatakowali. Niestety nie byli na tyle dobrze wychowani by robić to po kolei, więc cały zastęp od razu zamachnął się mieczami na przyciśnięte do ściany dziewczyny. Pomoc nadeszła nieoczekiwanie. Rozległ się huk wystrzału z rewolweru, a potem kolejny i jeszcze pięć. Martwi strażnicy padli na ziemie w odstępie kilku sekund. Mila odsunęła od siebie ciało dowódcy,torując sobie drogę do baru, gdzie skryła się Annite.
- To ty strzelałaś? - zapytała, ale w tej samej chwili Remy krzyknęła, więc odwróciła się w jej stronę, by zauważyć, że mutantka została zaatakowana przez kogoś, ukrywającego się w cieniu. Przy jej szyi połyskiwało ostrze sztyletu.
- Puść ją! - rozkazała Milandres, przyjmując bojową pozę i biorąc do ręki widelec, leżący na najbliższym stole.
- Puszczę – odparł napastnik. - Ty jesteś Milandres?
- Zgadza się.
- Chcę dla ciebie pracować.
Mila zmrużyła oczy.
- Słucham? Niby dlaczego?
- Mam z Podkoy'em na pieńku, niczego nie pragnę bardziej, niż dziada dźgnąć jakimś szpikulcem.
- Hmm, dlaczego miałabym ci ufać?
- Możesz zerknąć na moje CV. - Wskazał na martwych Blackberries.
Odłożyła widelec i kiwnęła głową. Wtedy chłopak wypuścił Remy, która natychmiast odsunęła się o kilka metrów, a sam wyszedł z cienia.
- Jestem Ray-aan. Dla przyjaciół Ray. - Puścił oczko do Remmeline, która pokazała mu środkowy palec, idąc do Annite, by zamówić coś mocniejszego.
- Jak chcesz nam pomóc?
- Zabiję każdego, kto stanie ci na drodze – wyjaśnił, chowając sztylet i rewolwer.
Dziewczyna pomyślała, że lepiej jest mieć go przy sobie. W razie gdyby w rzeczywistości okazał się szpiegiem... trzeba go mieć na oku. Westchnęła i popatrzyła na Remy, która duszkiem wypijała zawartość szklanki, po czym poprosiła Annite o to samo.
- Zgoda – rzuciła w kierunku Ra1y'a. - Możesz z nami podróżować.
- Właściwie... - zaczęła niepewnie Ann. Gospodyni popatrzyła na Milę, chcąc przedstawić swój pomysł. - Pomyślałam, że może potrzebujecie jakiejś bazy w okolicy. Blisko zamku, ale nie na tyle blisko, by Podkoy coś zauważył...
- Zaraz... Proponujesz, żebyśmy zostali tutaj? - upewniła się Milandres, a dziewczyna pokiwała głową z uśmiechem. - Cóż... myślę, że to kusząca propozycja. Remy?
- Rób co chcesz – mruknęła.
- Dobrze, więc zostaniemy tutaj. Trzeba zbudować armie. Moi książęta także będę się czuli bardziej komfortowo tutaj! - Ucieszona klasnęła w ręce i wygodnie usadowiła się na stołku. - Annite, kolejkę dla wszystkich na mój koszt! Dziękujemy ci!
Wieści zostały rozesłane, Remy i Mila przez cały dzień wypisywały sms'y do czarownic i czarnoksiężników, którzy wcześniej zobligowali się pomóc w razie próby obalenia Podkoya. Akcja miała zacząć się od cyfrowego ataku hakerów w piątek o 12:00. W czwartkowy poranek Milkę obudziły dziwne odgłosy walki. Wyszła ze swojego pokoju na piętrze i zeszła do sali jadalnej na dole. Remy i Ray znowu walczyli na miecze. Wywróciła oczami i uśmiechnęła się do Annite, która podała jej śniadanie.
- Ojej! To twoja najlepsza jajecznica!
- Niestety nie moja... Dziś zatrudniłam nową kucharkę. Szukałam osoby na to miejsce od tygodni, a dziś jak z nieba spadła mi Zaforia.
- Ma talent.
Wtedy drzwi otworzyły się przed wyjątkowy silny podmuch wiatru. W blasku słońca, którego promienie wdarły się do wnętrza gospody stanęli trzej przystojni młodzieńcy, dzierżący torby z laptopami.
Milandres przygryzła dolną wargę i odruchowo poprawiła grzywkę.
- Jam jest Jan. - Chłopak w środku wysunął się na przód i skłonił przed Milą.Miał ciemną czuprynę i piwne oczy. - Wraz z moimi braćmi przybywamy by ci pomóc, o pani, w pokonaniu złego Podkoya.
- A nie miało was być pięciu? - zapytała, rumieniąc się.
- Kiedy wyruszaliśmy to faktycznie... było nas pięciu... Sęk w tym, że po drodze mieliśmy starcie z wielką kałamarnicą i dwóch z nas poległo w walce... Tak czy owak, damy sobie radę z systemem Podkoya.
- Oby... - westchnęła. - Ten potwór musi zniknąć z powierzchni Ziemi, a jego zabezpieczenia nie pozwalają nam się nawet do niego zbliżyć.
- Odpoczniemy i bierzemy się do pracy. - Uśmiechnął się.
Młodzieniec po lewej szturchnął brata łokciem w bok.
- No tak, zapomniałbym. To jest Remigiusz, a to Przemysław.
- Miło was poznać, mówcie mi Mila.