środa, 18 lutego 2015

Opko dla MM #2

Podkoy stał przed kotłem, w którym gotowała się dziwna, ciemna ciecz. Pływał w niej makaron w kształcie literek, bowiem ów potwór wykorzystywał je do przekazywania wiadomości. Patrzył w głąb mosiężnego naczynia, aż w końcu jego szpieg znalazł chwilę, by ugotować specjalny wywar i przekazać władcy informacje.
Bestia uważnie obserwowała tworzące się na powierzchni wyrazy, a potem zdania.
- Milandres sprowadziła do królestwa hakerów. Trzech z nich przebywa w gospodzie pod Zgniłym Dorszem. Jutro rozpoczną atak – odczytał powoli.
Pokiwał głową i rozejrzał się po komnacie. Doskoczyła do szafy, po czym błyskawicznym gestem wyciągnął z niej swoje najlepsze kalesony i płaszcz. Odział się w nie, na koniec nałożył jeszcze słomiany kapelusz na paskudną łepetynę i wybiegł z pomieszczenia trzaskając drzwiami. Musiał natychmiast odnaleźć czarnoksiężnika, o którym mówiła mu Rubella i zawrzeć z nim umowę. W palcach zakończonych długimi, zadartymi w dół pazurami, trzymał małą szkatułkę, którą dostał od zjawy.
Zbiegł do zamkowego garażu i wsiadł do swojego fiata 126p o sraczkowatej barwie lakieru. Silnik odpalił za trzecim razem, toteż władca uśmiechnął się z zadowoleniem. Rzadko kiedy miał takie szczęście.
Wypuszczając z rury wydechowej całe chmary ciemnego dymu ruszył ku południowym krańcom wsi, gdzie to według innego informatora mieli skryć się czarnoksiężnicy.
Jechał przez około pięć minut, a potem zaparkował pod rozległym dębem i wyruszył na poszukiwania nielegalnego obozu. Wiedział, że musi być ostrożny, bo inaczej magicy ewakuują się i nigdy więcej ich nie zobaczy. Może nie nigdy... Nie zobaczy ich do momentu, gdy przyjdą go zabić.
Wtem poczuł swąd dymu z ogniska i pieczonych kiełbasek. Niezdarny potwór przylgnął do ogromnego pnia i wychylił się, oglądając zebranie na pobliskiej polanie. Wokół tańcujących płomieni krzątało się ponad dwudziestu mężczyzn w długich, czarnych pelerynach i tyleż samo kobiet o płomiennie rudych włosach upiętych w dziwne, wysokie fryzury. Zakradł się na paluszkach tak blisko, jak tylko dało się to zrobić, bez alarmowania zbiegowiska. Niestety pomyliły mu się nogi i runął jak długi do brudnej kałuży, wywołując przy tym głośne plaśnięcie. Spojrzenia wszystkich uczestników powędrowały w jego stronę.
- Ekhm – odchrząknął Podkoy, zbierając się z ziemi. - Szukam czarnoksiężnika o imieniu Sack... Sach Caprion...?
- To ja! - Z tłumu wyłonił się groźny facet z kozią bródką i mieczem zawiszonym u pasa.
- Porozmawiajmy.
- Niby dlaczego miałbym cię wysłuchać, Podkoyu?
- Bo mam to! - W tym momencie otworzył szkatułkę i pokazał jej zawartość, gapiom.
Caprion natychmiast zmienił zdanie i zaprosił potwora do swojego namiotu. Lojalność Milandres lojalnością, ale to przecież była krew jednorożca!


Jan i jego dwaj bracia – Remigiusz oraz Przemysław, rozkładali właśnie swój sprzęt. Ray montował na dachu gospody antenę. Natomiast Mila, Remmeliene, Annite, a także nowa kucharka – Zaforia, siedziały na barze i sącząc kolorowe drinki obserwowały księciuniów.
- Zerka na ciebie – powiedziała Remy, szturchają Milkę w bok.
- Który? - zainteresowała się.
- Ten najmłodszy... Jan mu było?
- Jan, Jan... Jasiu... Jasieńko... - szeptała rozmarzona Milandres, gapiąc się na rzeczonego chłopaka, aż w 
końcu on także popatrzył w jej stronę. Speszyła się i cała czerwona opuściła wzrok, co jej koleżanki kwitowały chichotem.
- Jutro rano rozpoczynamy atak – powiedział zadowolony z siebie książę.
- Tak, do tego czasu mamy czas wolny. - Remigiusz uśmiechnął się po dokręceniu ostatniej śrubki w dziwnej, metalowej skrzyneczce.
Po kolacji Mila udała się na spacer. Idąc w kierunku jeziora rozmyślała tylko o tym by zatopić w Podkoyu jakąś ostrą włócznię, a najlepiej kilka. Zanim się obejrzała stała już nad wodą, a jej długą suknię w kolorze oceanu oblała fala przypływu. Podskoczyła przestraszona, gdy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciła się i z zaskoczeniem przyjęła do wiadomości obecność księcia Jana. Uśmiechnęła się i elegancko dygnęła, w momencie gdy chłopak się jej ukłonił.
- Dlaczego zdecydowaliście się mi pomóc? - zapytała, po chwili ciszy i wpatrywania się w horyzont.
- Dobrze jest mieć sojuszników... szczególnie takich... - Znacząco zerknął w jej stronę i uśmiechnął się.
Nie potrafiła powstrzymać się przed odwzajemnieniem gestu.
- Uda nam się – powiedział. - Pokonamy tego całego Podkoya i wrócisz na tron, księżniczko. Daję ci na to moje słowo.
- Nie możesz obiecywać takich rzeczy... Nie wiele możecie zrobić...
- Zrobię wszystko, aby ci pomóc – odparł hardo.
- Dziękuję...
- Wracajmy, zaraz się ściemni... - Podał jej ramie, więc przyjęła je i razem ruszyli w drogę powrotną, ciesząc się swoim towarzystwem przed nadchodzącą walką. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz