Podkoy
stał przed kotłem, w którym gotowała się dziwna, ciemna
ciecz. Pływał w niej makaron w kształcie literek, bowiem ów
potwór wykorzystywał je do przekazywania wiadomości. Patrzył
w głąb mosiężnego naczynia, aż w końcu jego szpieg znalazł
chwilę, by ugotować specjalny wywar i przekazać władcy
informacje.
Bestia
uważnie obserwowała tworzące się na powierzchni wyrazy, a potem
zdania.
- Milandres
sprowadziła do królestwa hakerów. Trzech z nich
przebywa w gospodzie pod Zgniłym Dorszem. Jutro rozpoczną atak –
odczytał powoli.
Pokiwał
głową i rozejrzał się po komnacie. Doskoczyła do szafy, po czym
błyskawicznym gestem wyciągnął z niej swoje najlepsze kalesony i
płaszcz. Odział się w nie, na koniec nałożył jeszcze słomiany
kapelusz na paskudną łepetynę i wybiegł z pomieszczenia
trzaskając drzwiami. Musiał natychmiast odnaleźć czarnoksiężnika,
o którym mówiła mu Rubella i zawrzeć z nim umowę. W
palcach zakończonych długimi, zadartymi w dół pazurami,
trzymał małą szkatułkę, którą dostał od zjawy.
Zbiegł
do zamkowego garażu i wsiadł do swojego fiata 126p o sraczkowatej
barwie lakieru. Silnik odpalił za trzecim razem, toteż władca
uśmiechnął się z zadowoleniem. Rzadko kiedy miał takie
szczęście.
Wypuszczając
z rury wydechowej całe chmary ciemnego dymu ruszył ku południowym
krańcom wsi, gdzie to według innego informatora mieli skryć się
czarnoksiężnicy.
Jechał
przez około pięć minut, a potem zaparkował pod rozległym dębem
i wyruszył na poszukiwania nielegalnego obozu. Wiedział, że musi
być ostrożny, bo inaczej magicy ewakuują się i nigdy więcej ich
nie zobaczy. Może nie nigdy... Nie zobaczy ich do momentu, gdy
przyjdą go zabić.
Wtem
poczuł swąd dymu z ogniska i pieczonych kiełbasek. Niezdarny
potwór przylgnął do ogromnego pnia i wychylił się,
oglądając zebranie na pobliskiej polanie. Wokół tańcujących
płomieni krzątało się ponad dwudziestu mężczyzn w długich,
czarnych pelerynach i tyleż samo kobiet o płomiennie rudych włosach
upiętych w dziwne, wysokie fryzury. Zakradł się na paluszkach tak
blisko, jak tylko dało się to zrobić, bez alarmowania zbiegowiska.
Niestety pomyliły mu się nogi i runął jak długi do brudnej
kałuży, wywołując przy tym głośne plaśnięcie. Spojrzenia
wszystkich uczestników powędrowały w jego stronę.
- Ekhm
– odchrząknął Podkoy, zbierając się z ziemi. - Szukam
czarnoksiężnika o imieniu Sack... Sach Caprion...?
- To
ja! - Z tłumu wyłonił się groźny facet z kozią bródką
i mieczem zawiszonym u pasa.
- Porozmawiajmy.
- Niby
dlaczego miałbym cię wysłuchać, Podkoyu?
- Bo
mam to! - W tym momencie otworzył szkatułkę i pokazał jej
zawartość, gapiom.
Caprion
natychmiast zmienił zdanie i zaprosił potwora do swojego namiotu.
Lojalność Milandres lojalnością, ale to przecież była krew
jednorożca!
*
Jan
i jego dwaj bracia – Remigiusz oraz Przemysław, rozkładali
właśnie swój sprzęt. Ray montował na dachu gospody antenę.
Natomiast Mila, Remmeliene, Annite, a także nowa kucharka –
Zaforia, siedziały na barze i sącząc kolorowe drinki obserwowały
księciuniów.
- Zerka
na ciebie – powiedziała Remy, szturchają Milkę w bok.
- Który?
- zainteresowała się.
- Ten
najmłodszy... Jan mu było?
- Jan,
Jan... Jasiu... Jasieńko... - szeptała rozmarzona Milandres,
gapiąc się na rzeczonego chłopaka, aż w
końcu on także
popatrzył w jej stronę. Speszyła się i cała czerwona opuściła
wzrok, co jej koleżanki kwitowały chichotem.
- Jutro
rano rozpoczynamy atak – powiedział zadowolony z siebie książę.
- Tak,
do tego czasu mamy czas wolny. - Remigiusz uśmiechnął się po
dokręceniu ostatniej śrubki w dziwnej, metalowej skrzyneczce.
Po
kolacji Mila udała się na spacer. Idąc w kierunku jeziora
rozmyślała tylko o tym by zatopić w Podkoyu jakąś ostrą
włócznię, a najlepiej kilka. Zanim się obejrzała stała
już nad wodą, a jej długą suknię w kolorze oceanu oblała fala
przypływu. Podskoczyła przestraszona, gdy poczuła na ramieniu
czyjąś dłoń. Odwróciła się i z zaskoczeniem przyjęła
do wiadomości obecność księcia Jana. Uśmiechnęła się i
elegancko dygnęła, w momencie gdy chłopak się jej ukłonił.
- Dlaczego
zdecydowaliście się mi pomóc? - zapytała, po chwili ciszy
i wpatrywania się w horyzont.
- Dobrze
jest mieć sojuszników... szczególnie takich... -
Znacząco zerknął w jej stronę i uśmiechnął się.
Nie
potrafiła powstrzymać się przed odwzajemnieniem gestu.
- Uda
nam się – powiedział. - Pokonamy tego całego Podkoya i wrócisz
na tron, księżniczko. Daję ci na to moje słowo.
- Nie
możesz obiecywać takich rzeczy... Nie wiele możecie zrobić...
- Zrobię
wszystko, aby ci pomóc – odparł hardo.
- Dziękuję...
- Wracajmy,
zaraz się ściemni... - Podał jej ramie, więc przyjęła je i
razem ruszyli w drogę powrotną, ciesząc się swoim towarzystwem
przed nadchodzącą walką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz