niedziela, 15 lutego 2015

Opko dla Milki


Mila zaparkowała pod pięknie urządzoną karczmą. Zerknęła na postój dla koni, ale nie stał tam ani jeden wierzchowiec.
- Na szczęście knajpa jest pusta, będzie spokój – powiedziała.
Obydwie weszły do środka, ciekawsko się rozglądając. Za długą ladą stała rudowłosa dziewczyna, przeglądająca kolorowy magazyn. Podniosła wzrok słysząc kroki i zastosowała formowy uśmiech numer cztery.
- Witajcie, mam na imię Annite. W czym mogę pomóc?
- Co polecacie na obiad? - zapytała Remmeliena, zerkając na dużą tablicę z nazwami potraw i dopisanymi do nich cenami.
- Dziś schabowe. Kucharza zastrzelili dwa dni temu i no cóż... muszę sama gotować.
- No dobra, to weźmiemy dwa razy plus wino.
- Wybierzcie sobie stolik i poczekajcie jakieś piętnaście minut.
Zamówienie pojawiło się dość szybko. Twardy niczym głaz kotlet w końcu ugiął się przed sztyletem Mili, który dziewczyna zawsze chowała w specjalnej kaburze na nodze i nie ruszała się bez niego z domu. Okazało się, że broń przydaje się nie tylko przy posiłkach....
Do gospody siłą wtargnął cały zastęp Blackberries – wyszkolonych żołnierzy Podkoy'a. Remmeliena i Milandres wymieniły niespokojne spojrzenia, kiedy napastnicy biegli ku nim z ostrymi mieczami.
- Nie ma gdzie uciec! - krzyknęła pierwsza, wiedząc, że jedyne drzwi znajdują się zaraz za zbliżającymi się mordercami.
Złapała za drewniany wieszak na płaszcze, stojący nieopodal, ale to tylko rozbawiło przeciwników, którzy zdążyli je już otoczyć.
- Czego chcecie?! - warknęła Mila.
- Twojej głowy! Odciętej!
Wywróciła oczami.
- No jasne, poczekajcie chwilkę, zaraz odczepię i wam dam... - powiedziała bardziej do siebie niż do nich lekceważącym tonem. - Ej, Remy, co, do diabła, mamy teraz zrobić? Może jakaś magiczna interwencja, hmm? - szepnęła do towarzyszki.
- Nie umiem czarować.
- No to zrób co tam potrafisz...
Remmeliena powoli podniosła dłonie a spomiędzy palców wysunęły się metalowe, ostre szpony. Blackberries, w ilości sztuk ośmiu, na chwilę zatrzymali się, ale ostatecznie uznali, że poradzą sobie z jedną, drobną mutantką. Zaatakowali. Niestety nie byli na tyle dobrze wychowani by robić to po kolei, więc cały zastęp od razu zamachnął się mieczami na przyciśnięte do ściany dziewczyny. Pomoc nadeszła nieoczekiwanie. Rozległ się huk wystrzału z rewolweru, a potem kolejny i jeszcze pięć. Martwi strażnicy padli na ziemie w odstępie kilku sekund. Mila odsunęła od siebie ciało dowódcy,torując sobie drogę do baru, gdzie skryła się Annite.
- To ty strzelałaś? - zapytała, ale w tej samej chwili Remy krzyknęła, więc odwróciła się w jej stronę, by zauważyć, że mutantka została zaatakowana przez kogoś, ukrywającego się w cieniu. Przy jej szyi połyskiwało ostrze sztyletu.
- Puść ją! - rozkazała Milandres, przyjmując bojową pozę i biorąc do ręki widelec, leżący na najbliższym stole.
- Puszczę – odparł napastnik. - Ty jesteś Milandres?
- Zgadza się.
- Chcę dla ciebie pracować.
Mila zmrużyła oczy.
- Słucham? Niby dlaczego?
- Mam z Podkoy'em na pieńku, niczego nie pragnę bardziej, niż dziada dźgnąć jakimś szpikulcem.
- Hmm, dlaczego miałabym ci ufać?
- Możesz zerknąć na moje CV. - Wskazał na martwych Blackberries.
Odłożyła widelec i kiwnęła głową. Wtedy chłopak wypuścił Remy, która natychmiast odsunęła się o kilka metrów, a sam wyszedł z cienia.
- Jestem Ray-aan. Dla przyjaciół Ray. - Puścił oczko do Remmeline, która pokazała mu środkowy palec, idąc do Annite, by zamówić coś mocniejszego.
- Jak chcesz nam pomóc?
- Zabiję każdego, kto stanie ci na drodze – wyjaśnił, chowając sztylet i rewolwer.
Dziewczyna pomyślała, że lepiej jest mieć go przy sobie. W razie gdyby w rzeczywistości okazał się szpiegiem... trzeba go mieć na oku. Westchnęła i popatrzyła na Remy, która duszkiem wypijała zawartość szklanki, po czym poprosiła Annite o to samo.
- Zgoda – rzuciła w kierunku Ra1y'a. - Możesz z nami podróżować.
- Właściwie... - zaczęła niepewnie Ann. Gospodyni popatrzyła na Milę, chcąc przedstawić swój pomysł. - Pomyślałam, że może potrzebujecie jakiejś bazy w okolicy. Blisko zamku, ale nie na tyle blisko, by Podkoy coś zauważył...
- Zaraz... Proponujesz, żebyśmy zostali tutaj? - upewniła się Milandres, a dziewczyna pokiwała głową z uśmiechem. - Cóż... myślę, że to kusząca propozycja. Remy?
- Rób co chcesz – mruknęła.
- Dobrze, więc zostaniemy tutaj. Trzeba zbudować armie. Moi książęta także będę się czuli bardziej komfortowo tutaj! - Ucieszona klasnęła w ręce i wygodnie usadowiła się na stołku. - Annite, kolejkę dla wszystkich na mój koszt! Dziękujemy ci!
Wieści zostały rozesłane, Remy i Mila przez cały dzień wypisywały sms'y do czarownic i czarnoksiężników, którzy wcześniej zobligowali się pomóc w razie próby obalenia Podkoya. Akcja miała zacząć się od cyfrowego ataku hakerów w piątek o 12:00. W czwartkowy poranek Milkę obudziły dziwne odgłosy walki. Wyszła ze swojego pokoju na piętrze i zeszła do sali jadalnej na dole. Remy i Ray znowu walczyli na miecze. Wywróciła oczami i uśmiechnęła się do Annite, która podała jej śniadanie.
- Ojej! To twoja najlepsza jajecznica!
- Niestety nie moja... Dziś zatrudniłam nową kucharkę. Szukałam osoby na to miejsce od tygodni, a dziś jak z nieba spadła mi Zaforia.
- Ma talent.
Wtedy drzwi otworzyły się przed wyjątkowy silny podmuch wiatru. W blasku słońca, którego promienie wdarły się do wnętrza gospody stanęli trzej przystojni młodzieńcy, dzierżący torby z laptopami.
Milandres przygryzła dolną wargę i odruchowo poprawiła grzywkę.
- Jam jest Jan. - Chłopak w środku wysunął się na przód i skłonił przed Milą.Miał ciemną czuprynę i piwne oczy. - Wraz z moimi braćmi przybywamy by ci pomóc, o pani, w pokonaniu złego Podkoya.
- A nie miało was być pięciu? - zapytała, rumieniąc się.
- Kiedy wyruszaliśmy to faktycznie... było nas pięciu... Sęk w tym, że po drodze mieliśmy starcie z wielką kałamarnicą i dwóch z nas poległo w walce... Tak czy owak, damy sobie radę z systemem Podkoya.
- Oby... - westchnęła. - Ten potwór musi zniknąć z powierzchni Ziemi, a jego zabezpieczenia nie pozwalają nam się nawet do niego zbliżyć.
- Odpoczniemy i bierzemy się do pracy. - Uśmiechnął się.
Młodzieniec po lewej szturchnął brata łokciem w bok.
- No tak, zapomniałbym. To jest Remigiusz, a to Przemysław.
- Miło was poznać, mówcie mi Mila.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz