Na
niebie nie było chmur, więc Milandres doskonale widziała wszystkie
gwiazdy. Siedziała na parapecie przy otwartym oknie, owinięta w koc
i z kubkiem gorącej czekolady w dłoniach. Cicho westchnęła i
uśmiechnęła się do siebie na myśl, że już niebawem to wszystko
się skończy. Wszystko co złe odejdzie w niepamięć. Podkoy zginie
lub zostanie skazany na banicję, a ona obejmie tron.
Z
zadumy wyrwało dziwne skrzypienie na korytarzu. Ostrożnie zeszła
na podłogę i schowała się za parawanem. Powoli oddychając,
wsłuchiwała się w coraz głośniejsze, miarowe uderzanie butów.
Ktoś zmierzał w stronę pokoi. Odetchnęła z ulgą, gdy minął
jej drzwi, ale słysząc, że ów przybysz zatrzymał się
kilka metrów dalej na nowo ogarnął ją niepokój.
Remy...
Złapała
leżący na stoliku złoty dzbanek i zakradła się do wyjścia.
Tamten wszedł już do pokoju obok, starając się zachować ciszę.
Mila
z duszą na ramieniu wyszła na korytarz i ciężko przełykając
ślinę zajrzała do lokum przyjaciółki. Nad łóżkiem
stała Zaforia. Jednym celnym ciosem ogłuszyła wciąż śpiącą
dziewczynę, a zza pazuchy wyciągnęła miotłę. Mila mimowolnie
pisnęła, co zwróciło uwagę sprawczyni.
- Co
robisz?! - krzyknęła Milandres, jednak nie usłyszała odpowiedzi.
Zamiast tego kucharka teleportowała się do niej i wbiła sztylet w
brzuch księżniczki.
Mila
cicho jęknęła, osuwając się na ziemie, kiedy to Zaforia
pochwyciła nieprzytomną Remmelienę i wyskoczyła z nią przez
okno, w losie dosiadając miotły, która poniosła ją w siną
dal.
Z
pokoju naprzeciwko wyskoczyli Jan i Remigiusz. Pierwszy natychmiast
padł przy księżniczce i czule objął jej bladą twarz.
- Wszystko
będzie dobrze! Tylko nie zasypiaj!
- Co
się stało?! - wykrzyknęła Annite.
W
przeciągu kilku sekund zapaliły się wszystkie lampy, a każdy
mieszkaniec gospody pojawił się na miejscu zbrodni.
- Porwała
Remy... - wyszeptała ranna.
Jan
zdjąwszy koszulę, zaciskał teraz materiałem ranę na brzuchu
Mili.
- Niech
ktoś sprowadzi pomoc! - zdenerwował się.
- Znam
kogoś, kto może ją uzdrowić – powiedziała Ann. - Jest
szamanką, nazywa się Elvira. Zadzwonię do niej. - Po czym odeszła
na koniec korytarza, wybierając odpowiedni numer na swoim
smartphonie.
Kilka
minut później z oparów dymu wydobywających się z
kominka w głównej sali, zmaterializowała się wysoka
niewiasta o intensywnie błękitnych oczach i kontrastujących z nimi
czarnych włosach poprzetykanych pajęczą siecią. Ubrana była w
prostą, długą i nieco poobdzieraną suknię, a na ramieniu
zawiesiła sobie torbę, z której wystawały jakieś liście.
Milandres ułożono na jednym ze stołów. Dziewczyna bardzo
cierpiała, chociaż starała się być twarda i nie okazywała jak
silny ból odczuwa. Żartowała nawet z umięśnionego torsu
Jana, co bardzo poprawiło mu humor.
- Odsuńcie
się – poleciła Elvira, wyjmując kilka listków. - Masz,
musisz to przeżuwać – włożyła jej do ust kilka z nich, a
resztę ułożyła na ranie.
Dziewczyna
posłusznie wykonała zadanie. Zebrani ze zdziwieniem stwierdzili, że
roślina ma właściwości magiczne i rozcięcie goi się w
zatrważającym tempie. Po chwili nie było już po nim ani śladu!
Mila usiadła na stole i zaśmiała się wesoło.
- Dziękuję
ci!
- Nie
ma sprawy, bylebyś tylko pokonała tego durnego Podkoya... Życze
zdrówka! Na razie!
Zniknęła
tak samo jak się pojawiła, a Jan korzystając z zamieszania
pocałował dziewczynę w policzek. Mila zarumieniła się, ale zaraz
przypomniała sobie co miało miejsce.
- Zaforia
porwała Remy! To ona była szpiegiem!
- No
ale po co jej mutantka? - zapytał Przemysław, stojący w pobliżu.
- Może
chcą z niej wyciągnąć więcej informacji? - zastanowił się
Remigiusz, a jego bracia pokiwali głowami.
- Musimy
ją odnaleźć! - Mila zeskoczyła ze stołu i skierowała się do
drzwi wyjściowych.
- Nie
możesz! - Jan złapał ją w pasie, a potem stanął przed nią i
spojrzał głęboko w oczy z nieukrywaną troską. - Nie możesz
wychodzić, jeśli coś ci się stanie Podkoy będzie panował już
do końca. Zniszczy wszystko i wszystkich! Jesteś naszą ostatnią
nadzieją, droga Milko...
- Ja
pójdę – odezwał się Ray z naprawdę groźną miną.
Złapał za miecz, oparty o ścianę i bez dalszych wyjaśnień
opuścił mury gospody pod Zgniłym Dorszem.
- Powodzenia...
- szepnęła za nim Milandres.
*
Remy
obudziła się, ale przez paskudny ból głowy nie potrafiła
nawet otworzyć oczu. Leżała na czymś, co przypominało jej leśną
ściółkę. Szybko odkryła także, że jest do czegoś
przywiązana. Kiedy w końcu udało się jej podnieść powieki,
spostrzegła się, że nastał już dzień. Ostre światło bardzo ją
raziło, jednak musiała zorientować się w sytuacji. Przypięto ją
kajdankami do wystającej z ziemi rury. Po chwili doszła do wniosku,
że znajduje się na uboczu obozu czarnoksiężników. Tak,
poznała to miejsce.
- Nic
nie możesz już zrobić...
Doskonale
pamiętała ten ochrypły głosik. Powoli odwróciła głowę w
kierunku staruszki,stojącej kilka metrów dalej. Miała nieco
przeźroczyste ciało i podpierała się laską.
- Rubella!
- warknęła Remmeliena, nerwowo zaciskając dłonie w pięści. -
Ty stara krowo! Czego chcesz?!
- Napawam
się tylko twoim rychłym końcem – zachichotała.
- Jeszcze
ci mało?! Porwałaś moją siostrę! Zmusiłaś mojego ojca by
popełnił samobójstwo! Otrułaś mojego chomika!
- Teraz
czas rozprawić się z tobą.
Zjawa
zniknęła, rozmyta przez nagły podmuch wiatru. Wtedy podszedł do
niej Sack Caprion we własnej osobie. Najpotężniejszy czarownik,
przywódca sabatu i zapatrzony w siebie gnojek.
- Myślałam,
że możemy wam ufać! - uniosła się Remy, ale w odpowiedzi
usłyszała tylko znudzone westchnięcie.
- Widzisz,
mutantko, znasz pewne zaklęcie, którego bardzo nam
potrzeba... Mamy krew jednorożca i musisz otworzyć buteleczkę.
Dziewczyna
popatrzyła na niego ze zdumieniem. To niemożliwe... Krew jednorożca
była obecnie najrzadsza i najbardziej pożądaną substancją na
świcie! Nikt nie mógł jej zdobyć. Nawet na czarnym rynku
nie dało się znaleźć choćby kropli! A trzeba wiedzieć, że
nawet jedna mała kropla wyjątkowej cieszy potrafiła zdziałać
cuda... Co jeśli Caprion miałby cały flakonik? I jeśli działałby
u boku Podkoya... Remy westchnęła, a w głowie powtarzała się
tylko jedna myśl: „mamy przesrane”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz