czwartek, 19 lutego 2015

Opko Milka #4 a właściwie to #5

Książęta jak na komendę zasiedli na krzesłach przy stołach, na których wcześniej umieścili swoje zaawansowane technologicznie komputery. Remigiusz pstrykał palcami, podczas gdy Przemysław stroił dziwne miny, rozciągając twarz. Jan obserwował Milandres, która niespokojnie krążyła po sali i martwiła się o powodzenie misji. Pochwyciła jego spojrzenie i nieśmiało podeszła.
- Kiedy włamiemy się do jego baz danych, zablokujemy monitoring i zabezpieczenia. Wykradniemy też jakieś ważne dokumenty, tak na w razie czego – powiedział łagodnie, ujmując jej dłoń. - Będziesz musiała powiadomić czarnoksięzników, że już czas.
- Będą mieli godzinę na dotarcie do zamku, od kiedy damy ci sygnał – uzupełnił najstarszy brat i skinieniem podziękował Ann, która położyła na blacie butelkę ze schłodzoną woda mineralną.
- Rozumiem – odparła Mila i smutno się uśmiechnęła.
- Jeszcze dziś będzie po wszystkim – szepnął do niej Jasiek, co trochę poprawiło jej humor.
- No dobrze, chyba jesteśmy gotowi? - zapytał Przemek, a reszta się z nim zgodziła.
Ten sam chłopak jako pierwszy założył słuchawki z mikrofonem, a potem uczynili to jego bracia. Odpalili sprzęt i zalogowali się. Milandres cały czas zaglądała przez ramię Jana, co trochę go rozpraszało, ale w tym pozytywnym sensie. W końcu poprosił by usiadła obok niego, co też chętnie uczyniła.
- Dobra, chłopcy! Bierzemy się do roboty!
*
W tym samym czasie Remmeliena poddawana była torturom. Uparcie kłamała, że nie ma pojęcia o żadnym zaklęciu, ale była pewna, że długo już nie wytrzyma. Kiedy Caprion wydobył z ogniska rzężący się pogrzebacz, stało się coś dziwnego. Prowizorycznie wykonana strzała przeszyła mu rękę.
Remy nie miała czasu by się temu przyjrzeć, ponieważ ktoś dopadł do niej i majstrował przy kajdankach. Już po kilku sekundach była wolna, a przybysz w kapturze pociągnął ją w głąb lasu.
- Pospiesz się! Zaraz zaczną nas gonić! - warknął, dzięki czemu mogła rozpoznać jego tożsamość. To był Ray.
- Mają krew jednorożca i wcale nie zamierzają walczyć dla Milandres – wysapała w biegu.
- Zdradliwe szuje...
- Musimy jej powiedzieć, inaczej cały plan weźmie w łeb!
- Za późni – powiedział, uprzednio zerkając na zegarek na ręku. - Już zaczęli. Musimy dostać się do zamku.
*
Wysłanie tajnej, magicznej wiadomości było trudne dla kogoś, kto nie posiada specjalnych zdolności. Milandres długo ćwiczyła, zanim udało się jej właściwie wypowiedzieć słowa zaklęcia i połączyć potrzebne zioła w wywarze. W końcu jednak zobaczyła w garnku twarz Capriona. Nie wyglądał dobrze.
- Możecie wkraczać! - powiedziała.
- Zapomnij, księżniczko! - odparł groźnie. - Skończyliśmy z tobą, musisz radzić sobie sama!
-  Co?!
- Jajco! Rozłączam się!
Zaskoczona i całkowicie oniemiała Mila długo jeszcze stała w kuchni i nie bardzo wiedziała co właśnie zaszło. W otępieniu zjawiła się w głównej sali, czym zwróciła na siebie spojrzenia Annite i książąt. Wiedzieli , że coś jest nie tak...
- Mila? Co się dzieje? - Jan zerwał się z krzesła i podbiegł do niej.
- Oni... oni... - Po policzkach spłynęło kilka łez, a wargi księżniczki niebezpiecznie zadrżały. Dziewczyna wtuliła się w Jaśka i całkiem rozkleiła. Chłopak przytulił ją do siebie i uspokajająco gładził jej plecy, w kółko powtarzając „Ciii, maleńka, wszystko będzie dobrze”.
Zaprowadził ją do baru, a Annite podała jej szklankę soku pomarańczowego. Usiadł obok i wciąż głaszcząc po plecach zapytał:
- Powiesz mi co się stało...?
- Czarnoksiężnicy odmówili pomocy... Jestem zdana na siebie. Ale... nie da rady...
- Mila! Masz mnie! To znaczy nas... - zarumienił się. - I jesteś silna! Wiem, ze dasz radę pokonać Podkoya. Ba, potrafiłabyś nawet sama, ale na Twoje szczęście trafiliśmy ci się my.
Uśmiechnęła się i wytarła łzy rękawem.
- Tak myślisz? Że mogę... 
- Możesz zrobić wszystko – odparł. - Jesteś Milandres! Księżniczka tego zakichanego kraju!

Opko Mila #3

Na niebie nie było chmur, więc Milandres doskonale widziała wszystkie gwiazdy. Siedziała na parapecie przy otwartym oknie, owinięta w koc i z kubkiem gorącej czekolady w dłoniach. Cicho westchnęła i uśmiechnęła się do siebie na myśl, że już niebawem to wszystko się skończy. Wszystko co złe odejdzie w niepamięć. Podkoy zginie lub zostanie skazany na banicję, a ona obejmie tron.
Z zadumy wyrwało dziwne skrzypienie na korytarzu. Ostrożnie zeszła na podłogę i schowała się za parawanem. Powoli oddychając, wsłuchiwała się w coraz głośniejsze, miarowe uderzanie butów. Ktoś zmierzał w stronę pokoi. Odetchnęła z ulgą, gdy minął jej drzwi, ale słysząc, że ów przybysz zatrzymał się kilka metrów dalej na nowo ogarnął ją niepokój. Remy...
Złapała leżący na stoliku złoty dzbanek i zakradła się do wyjścia. Tamten wszedł już do pokoju obok, starając się zachować ciszę.
Mila z duszą na ramieniu wyszła na korytarz i ciężko przełykając ślinę zajrzała do lokum przyjaciółki. Nad łóżkiem stała Zaforia. Jednym celnym ciosem ogłuszyła wciąż śpiącą dziewczynę, a zza pazuchy wyciągnęła miotłę. Mila mimowolnie pisnęła, co zwróciło uwagę sprawczyni.
- Co robisz?! - krzyknęła Milandres, jednak nie usłyszała odpowiedzi. Zamiast tego kucharka teleportowała się do niej i wbiła sztylet w brzuch księżniczki.
Mila cicho jęknęła, osuwając się na ziemie, kiedy to Zaforia pochwyciła nieprzytomną Remmelienę i wyskoczyła z nią przez okno, w losie dosiadając miotły, która poniosła ją w siną dal.
Z pokoju naprzeciwko wyskoczyli Jan i Remigiusz. Pierwszy natychmiast padł przy księżniczce i czule objął jej bladą twarz.
- Wszystko będzie dobrze! Tylko nie zasypiaj!
- Co się stało?! - wykrzyknęła Annite.
W przeciągu kilku sekund zapaliły się wszystkie lampy, a każdy mieszkaniec gospody pojawił się na miejscu zbrodni.
- Porwała Remy... - wyszeptała ranna.
Jan zdjąwszy koszulę, zaciskał teraz materiałem ranę na brzuchu Mili.
- Niech ktoś sprowadzi pomoc! - zdenerwował się.
- Znam kogoś, kto może ją uzdrowić – powiedziała Ann. - Jest szamanką, nazywa się Elvira. Zadzwonię do niej. - Po czym odeszła na koniec korytarza, wybierając odpowiedni numer na swoim smartphonie.
Kilka minut później z oparów dymu wydobywających się z kominka w głównej sali, zmaterializowała się wysoka niewiasta o intensywnie błękitnych oczach i kontrastujących z nimi czarnych włosach poprzetykanych pajęczą siecią. Ubrana była w prostą, długą i nieco poobdzieraną suknię, a na ramieniu zawiesiła sobie torbę, z której wystawały jakieś liście. Milandres ułożono na jednym ze stołów. Dziewczyna bardzo cierpiała, chociaż starała się być twarda i nie okazywała jak silny ból odczuwa. Żartowała nawet z umięśnionego torsu Jana, co bardzo poprawiło mu humor.
- Odsuńcie się – poleciła Elvira, wyjmując kilka listków. - Masz, musisz to przeżuwać – włożyła jej do ust kilka z nich, a resztę ułożyła na ranie.
Dziewczyna posłusznie wykonała zadanie. Zebrani ze zdziwieniem stwierdzili, że roślina ma właściwości magiczne i rozcięcie goi się w zatrważającym tempie. Po chwili nie było już po nim ani śladu! Mila usiadła na stole i zaśmiała się wesoło.
- Dziękuję ci!
- Nie ma sprawy, bylebyś tylko pokonała tego durnego Podkoya... Życze zdrówka! Na razie!
Zniknęła tak samo jak się pojawiła, a Jan korzystając z zamieszania pocałował dziewczynę w policzek. Mila zarumieniła się, ale zaraz przypomniała sobie co miało miejsce.
- Zaforia porwała Remy! To ona była szpiegiem!
- No ale po co jej mutantka? - zapytał Przemysław, stojący w pobliżu.
- Może chcą z niej wyciągnąć więcej informacji? - zastanowił się Remigiusz, a jego bracia pokiwali głowami.
- Musimy ją odnaleźć! - Mila zeskoczyła ze stołu i skierowała się do drzwi wyjściowych.
- Nie możesz! - Jan złapał ją w pasie, a potem stanął przed nią i spojrzał głęboko w oczy z nieukrywaną troską. - Nie możesz wychodzić, jeśli coś ci się stanie Podkoy będzie panował już do końca. Zniszczy wszystko i wszystkich! Jesteś naszą ostatnią nadzieją, droga Milko...
- Ja pójdę – odezwał się Ray z naprawdę groźną miną. Złapał za miecz, oparty o ścianę i bez dalszych wyjaśnień opuścił mury gospody pod Zgniłym Dorszem.
- Powodzenia... - szepnęła za nim Milandres.

*

Remy obudziła się, ale przez paskudny ból głowy nie potrafiła nawet otworzyć oczu. Leżała na czymś, co przypominało jej leśną ściółkę. Szybko odkryła także, że jest do czegoś przywiązana. Kiedy w końcu udało się jej podnieść powieki, spostrzegła się, że nastał już dzień. Ostre światło bardzo ją raziło, jednak musiała zorientować się w sytuacji. Przypięto ją kajdankami do wystającej z ziemi rury. Po chwili doszła do wniosku, że znajduje się na uboczu obozu czarnoksiężników. Tak, poznała to miejsce.
- Nic nie możesz już zrobić...
Doskonale pamiętała ten ochrypły głosik. Powoli odwróciła głowę w kierunku staruszki,stojącej kilka metrów dalej. Miała nieco przeźroczyste ciało i podpierała się laską.
- Rubella! - warknęła Remmeliena, nerwowo zaciskając dłonie w pięści. - Ty stara krowo! Czego chcesz?!
- Napawam się tylko twoim rychłym końcem – zachichotała.
- Jeszcze ci mało?! Porwałaś moją siostrę! Zmusiłaś mojego ojca by popełnił samobójstwo! Otrułaś mojego chomika!
- Teraz czas rozprawić się z tobą.
Zjawa zniknęła, rozmyta przez nagły podmuch wiatru. Wtedy podszedł do niej Sack Caprion we własnej osobie. Najpotężniejszy czarownik, przywódca sabatu i zapatrzony w siebie gnojek.
- Myślałam, że możemy wam ufać! - uniosła się Remy, ale w odpowiedzi usłyszała tylko znudzone westchnięcie.
- Widzisz, mutantko, znasz pewne zaklęcie, którego bardzo nam potrzeba... Mamy krew jednorożca i musisz otworzyć buteleczkę.

Dziewczyna popatrzyła na niego ze zdumieniem. To niemożliwe... Krew jednorożca była obecnie najrzadsza i najbardziej pożądaną substancją na świcie! Nikt nie mógł jej zdobyć. Nawet na czarnym rynku nie dało się znaleźć choćby kropli! A trzeba wiedzieć, że nawet jedna mała kropla wyjątkowej cieszy potrafiła zdziałać cuda... Co jeśli Caprion miałby cały flakonik? I jeśli działałby u boku Podkoya... Remy westchnęła, a w głowie powtarzała się tylko jedna myśl: „mamy przesrane”.

środa, 18 lutego 2015

Opko dla MM #2

Podkoy stał przed kotłem, w którym gotowała się dziwna, ciemna ciecz. Pływał w niej makaron w kształcie literek, bowiem ów potwór wykorzystywał je do przekazywania wiadomości. Patrzył w głąb mosiężnego naczynia, aż w końcu jego szpieg znalazł chwilę, by ugotować specjalny wywar i przekazać władcy informacje.
Bestia uważnie obserwowała tworzące się na powierzchni wyrazy, a potem zdania.
- Milandres sprowadziła do królestwa hakerów. Trzech z nich przebywa w gospodzie pod Zgniłym Dorszem. Jutro rozpoczną atak – odczytał powoli.
Pokiwał głową i rozejrzał się po komnacie. Doskoczyła do szafy, po czym błyskawicznym gestem wyciągnął z niej swoje najlepsze kalesony i płaszcz. Odział się w nie, na koniec nałożył jeszcze słomiany kapelusz na paskudną łepetynę i wybiegł z pomieszczenia trzaskając drzwiami. Musiał natychmiast odnaleźć czarnoksiężnika, o którym mówiła mu Rubella i zawrzeć z nim umowę. W palcach zakończonych długimi, zadartymi w dół pazurami, trzymał małą szkatułkę, którą dostał od zjawy.
Zbiegł do zamkowego garażu i wsiadł do swojego fiata 126p o sraczkowatej barwie lakieru. Silnik odpalił za trzecim razem, toteż władca uśmiechnął się z zadowoleniem. Rzadko kiedy miał takie szczęście.
Wypuszczając z rury wydechowej całe chmary ciemnego dymu ruszył ku południowym krańcom wsi, gdzie to według innego informatora mieli skryć się czarnoksiężnicy.
Jechał przez około pięć minut, a potem zaparkował pod rozległym dębem i wyruszył na poszukiwania nielegalnego obozu. Wiedział, że musi być ostrożny, bo inaczej magicy ewakuują się i nigdy więcej ich nie zobaczy. Może nie nigdy... Nie zobaczy ich do momentu, gdy przyjdą go zabić.
Wtem poczuł swąd dymu z ogniska i pieczonych kiełbasek. Niezdarny potwór przylgnął do ogromnego pnia i wychylił się, oglądając zebranie na pobliskiej polanie. Wokół tańcujących płomieni krzątało się ponad dwudziestu mężczyzn w długich, czarnych pelerynach i tyleż samo kobiet o płomiennie rudych włosach upiętych w dziwne, wysokie fryzury. Zakradł się na paluszkach tak blisko, jak tylko dało się to zrobić, bez alarmowania zbiegowiska. Niestety pomyliły mu się nogi i runął jak długi do brudnej kałuży, wywołując przy tym głośne plaśnięcie. Spojrzenia wszystkich uczestników powędrowały w jego stronę.
- Ekhm – odchrząknął Podkoy, zbierając się z ziemi. - Szukam czarnoksiężnika o imieniu Sack... Sach Caprion...?
- To ja! - Z tłumu wyłonił się groźny facet z kozią bródką i mieczem zawiszonym u pasa.
- Porozmawiajmy.
- Niby dlaczego miałbym cię wysłuchać, Podkoyu?
- Bo mam to! - W tym momencie otworzył szkatułkę i pokazał jej zawartość, gapiom.
Caprion natychmiast zmienił zdanie i zaprosił potwora do swojego namiotu. Lojalność Milandres lojalnością, ale to przecież była krew jednorożca!


Jan i jego dwaj bracia – Remigiusz oraz Przemysław, rozkładali właśnie swój sprzęt. Ray montował na dachu gospody antenę. Natomiast Mila, Remmeliene, Annite, a także nowa kucharka – Zaforia, siedziały na barze i sącząc kolorowe drinki obserwowały księciuniów.
- Zerka na ciebie – powiedziała Remy, szturchają Milkę w bok.
- Który? - zainteresowała się.
- Ten najmłodszy... Jan mu było?
- Jan, Jan... Jasiu... Jasieńko... - szeptała rozmarzona Milandres, gapiąc się na rzeczonego chłopaka, aż w 
końcu on także popatrzył w jej stronę. Speszyła się i cała czerwona opuściła wzrok, co jej koleżanki kwitowały chichotem.
- Jutro rano rozpoczynamy atak – powiedział zadowolony z siebie książę.
- Tak, do tego czasu mamy czas wolny. - Remigiusz uśmiechnął się po dokręceniu ostatniej śrubki w dziwnej, metalowej skrzyneczce.
Po kolacji Mila udała się na spacer. Idąc w kierunku jeziora rozmyślała tylko o tym by zatopić w Podkoyu jakąś ostrą włócznię, a najlepiej kilka. Zanim się obejrzała stała już nad wodą, a jej długą suknię w kolorze oceanu oblała fala przypływu. Podskoczyła przestraszona, gdy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciła się i z zaskoczeniem przyjęła do wiadomości obecność księcia Jana. Uśmiechnęła się i elegancko dygnęła, w momencie gdy chłopak się jej ukłonił.
- Dlaczego zdecydowaliście się mi pomóc? - zapytała, po chwili ciszy i wpatrywania się w horyzont.
- Dobrze jest mieć sojuszników... szczególnie takich... - Znacząco zerknął w jej stronę i uśmiechnął się.
Nie potrafiła powstrzymać się przed odwzajemnieniem gestu.
- Uda nam się – powiedział. - Pokonamy tego całego Podkoya i wrócisz na tron, księżniczko. Daję ci na to moje słowo.
- Nie możesz obiecywać takich rzeczy... Nie wiele możecie zrobić...
- Zrobię wszystko, aby ci pomóc – odparł hardo.
- Dziękuję...
- Wracajmy, zaraz się ściemni... - Podał jej ramie, więc przyjęła je i razem ruszyli w drogę powrotną, ciesząc się swoim towarzystwem przed nadchodzącą walką. 

niedziela, 15 lutego 2015

Opko dla Milki


Mila zaparkowała pod pięknie urządzoną karczmą. Zerknęła na postój dla koni, ale nie stał tam ani jeden wierzchowiec.
- Na szczęście knajpa jest pusta, będzie spokój – powiedziała.
Obydwie weszły do środka, ciekawsko się rozglądając. Za długą ladą stała rudowłosa dziewczyna, przeglądająca kolorowy magazyn. Podniosła wzrok słysząc kroki i zastosowała formowy uśmiech numer cztery.
- Witajcie, mam na imię Annite. W czym mogę pomóc?
- Co polecacie na obiad? - zapytała Remmeliena, zerkając na dużą tablicę z nazwami potraw i dopisanymi do nich cenami.
- Dziś schabowe. Kucharza zastrzelili dwa dni temu i no cóż... muszę sama gotować.
- No dobra, to weźmiemy dwa razy plus wino.
- Wybierzcie sobie stolik i poczekajcie jakieś piętnaście minut.
Zamówienie pojawiło się dość szybko. Twardy niczym głaz kotlet w końcu ugiął się przed sztyletem Mili, który dziewczyna zawsze chowała w specjalnej kaburze na nodze i nie ruszała się bez niego z domu. Okazało się, że broń przydaje się nie tylko przy posiłkach....
Do gospody siłą wtargnął cały zastęp Blackberries – wyszkolonych żołnierzy Podkoy'a. Remmeliena i Milandres wymieniły niespokojne spojrzenia, kiedy napastnicy biegli ku nim z ostrymi mieczami.
- Nie ma gdzie uciec! - krzyknęła pierwsza, wiedząc, że jedyne drzwi znajdują się zaraz za zbliżającymi się mordercami.
Złapała za drewniany wieszak na płaszcze, stojący nieopodal, ale to tylko rozbawiło przeciwników, którzy zdążyli je już otoczyć.
- Czego chcecie?! - warknęła Mila.
- Twojej głowy! Odciętej!
Wywróciła oczami.
- No jasne, poczekajcie chwilkę, zaraz odczepię i wam dam... - powiedziała bardziej do siebie niż do nich lekceważącym tonem. - Ej, Remy, co, do diabła, mamy teraz zrobić? Może jakaś magiczna interwencja, hmm? - szepnęła do towarzyszki.
- Nie umiem czarować.
- No to zrób co tam potrafisz...
Remmeliena powoli podniosła dłonie a spomiędzy palców wysunęły się metalowe, ostre szpony. Blackberries, w ilości sztuk ośmiu, na chwilę zatrzymali się, ale ostatecznie uznali, że poradzą sobie z jedną, drobną mutantką. Zaatakowali. Niestety nie byli na tyle dobrze wychowani by robić to po kolei, więc cały zastęp od razu zamachnął się mieczami na przyciśnięte do ściany dziewczyny. Pomoc nadeszła nieoczekiwanie. Rozległ się huk wystrzału z rewolweru, a potem kolejny i jeszcze pięć. Martwi strażnicy padli na ziemie w odstępie kilku sekund. Mila odsunęła od siebie ciało dowódcy,torując sobie drogę do baru, gdzie skryła się Annite.
- To ty strzelałaś? - zapytała, ale w tej samej chwili Remy krzyknęła, więc odwróciła się w jej stronę, by zauważyć, że mutantka została zaatakowana przez kogoś, ukrywającego się w cieniu. Przy jej szyi połyskiwało ostrze sztyletu.
- Puść ją! - rozkazała Milandres, przyjmując bojową pozę i biorąc do ręki widelec, leżący na najbliższym stole.
- Puszczę – odparł napastnik. - Ty jesteś Milandres?
- Zgadza się.
- Chcę dla ciebie pracować.
Mila zmrużyła oczy.
- Słucham? Niby dlaczego?
- Mam z Podkoy'em na pieńku, niczego nie pragnę bardziej, niż dziada dźgnąć jakimś szpikulcem.
- Hmm, dlaczego miałabym ci ufać?
- Możesz zerknąć na moje CV. - Wskazał na martwych Blackberries.
Odłożyła widelec i kiwnęła głową. Wtedy chłopak wypuścił Remy, która natychmiast odsunęła się o kilka metrów, a sam wyszedł z cienia.
- Jestem Ray-aan. Dla przyjaciół Ray. - Puścił oczko do Remmeline, która pokazała mu środkowy palec, idąc do Annite, by zamówić coś mocniejszego.
- Jak chcesz nam pomóc?
- Zabiję każdego, kto stanie ci na drodze – wyjaśnił, chowając sztylet i rewolwer.
Dziewczyna pomyślała, że lepiej jest mieć go przy sobie. W razie gdyby w rzeczywistości okazał się szpiegiem... trzeba go mieć na oku. Westchnęła i popatrzyła na Remy, która duszkiem wypijała zawartość szklanki, po czym poprosiła Annite o to samo.
- Zgoda – rzuciła w kierunku Ra1y'a. - Możesz z nami podróżować.
- Właściwie... - zaczęła niepewnie Ann. Gospodyni popatrzyła na Milę, chcąc przedstawić swój pomysł. - Pomyślałam, że może potrzebujecie jakiejś bazy w okolicy. Blisko zamku, ale nie na tyle blisko, by Podkoy coś zauważył...
- Zaraz... Proponujesz, żebyśmy zostali tutaj? - upewniła się Milandres, a dziewczyna pokiwała głową z uśmiechem. - Cóż... myślę, że to kusząca propozycja. Remy?
- Rób co chcesz – mruknęła.
- Dobrze, więc zostaniemy tutaj. Trzeba zbudować armie. Moi książęta także będę się czuli bardziej komfortowo tutaj! - Ucieszona klasnęła w ręce i wygodnie usadowiła się na stołku. - Annite, kolejkę dla wszystkich na mój koszt! Dziękujemy ci!
Wieści zostały rozesłane, Remy i Mila przez cały dzień wypisywały sms'y do czarownic i czarnoksiężników, którzy wcześniej zobligowali się pomóc w razie próby obalenia Podkoya. Akcja miała zacząć się od cyfrowego ataku hakerów w piątek o 12:00. W czwartkowy poranek Milkę obudziły dziwne odgłosy walki. Wyszła ze swojego pokoju na piętrze i zeszła do sali jadalnej na dole. Remy i Ray znowu walczyli na miecze. Wywróciła oczami i uśmiechnęła się do Annite, która podała jej śniadanie.
- Ojej! To twoja najlepsza jajecznica!
- Niestety nie moja... Dziś zatrudniłam nową kucharkę. Szukałam osoby na to miejsce od tygodni, a dziś jak z nieba spadła mi Zaforia.
- Ma talent.
Wtedy drzwi otworzyły się przed wyjątkowy silny podmuch wiatru. W blasku słońca, którego promienie wdarły się do wnętrza gospody stanęli trzej przystojni młodzieńcy, dzierżący torby z laptopami.
Milandres przygryzła dolną wargę i odruchowo poprawiła grzywkę.
- Jam jest Jan. - Chłopak w środku wysunął się na przód i skłonił przed Milą.Miał ciemną czuprynę i piwne oczy. - Wraz z moimi braćmi przybywamy by ci pomóc, o pani, w pokonaniu złego Podkoya.
- A nie miało was być pięciu? - zapytała, rumieniąc się.
- Kiedy wyruszaliśmy to faktycznie... było nas pięciu... Sęk w tym, że po drodze mieliśmy starcie z wielką kałamarnicą i dwóch z nas poległo w walce... Tak czy owak, damy sobie radę z systemem Podkoya.
- Oby... - westchnęła. - Ten potwór musi zniknąć z powierzchni Ziemi, a jego zabezpieczenia nie pozwalają nam się nawet do niego zbliżyć.
- Odpoczniemy i bierzemy się do pracy. - Uśmiechnął się.
Młodzieniec po lewej szturchnął brata łokciem w bok.
- No tak, zapomniałbym. To jest Remigiusz, a to Przemysław.
- Miło was poznać, mówcie mi Mila.


wtorek, 22 lipca 2014

WW, rozdział 3, cz. II

***
Okryła się ciemnozielonym płaszczem i podeszła do drzwi, uchylając je tak, aby mogła zajrzeć na pałacowy korytarz. Mimo wszechobecnej ciemności była pewna, że jest pusty. Wyszła z komnaty i cichutko stąpając po żółtawej posadzce, udała się w kierunku kuchni. Słyszała jedynie stłumione parskania koni, kiedy przechodziła w pobliżu stajni albo poćwierkiwania ptaków. W końcu dotarła do odpowiednich drzwi i wstrzymała oddech otwierając je. W środku, tak jak wszędzie, panował mrok. W środku nocy każdy pogrążony był we śnie. Tylko nie ona, nie przyszła królowa. Ona nie mogła spać, bała się koszmarów. Potworne obrazy pojawiały się w jej umyśle, kiedy tylko zamykała oczy. 
Przygryzła wargę, gdy nienaoliwione zawiasy skrzypnęły. Weszła do środka dużego pomieszczenia i wyciągnęła przed siebie ręce, badając otoczenie. Nie chciała natknąć się na stół, albo krzesło. Wydawanie dźwięków musiało zostać ograniczone do minimum. W końcu odnalazła szafkę, a w niej szufladę, gdzie służba trzymała świece. Wyjęła dwie i zapaliła je, oświetlając kuchnię. Jedną zostawiła na blacie, natomiast drugą zabrała ze sobą. Zdjęła kaptur i rozejrzała się. Nie spiesząc się przechadzała się między meblami, gdzie stały przetwory i przyprawy. Wąchała je, smakowała, oglądała... Z czystej ciekawości i chęci zabicia czasu. Mijając gablotę z naczyniami na specjalne okazje, oświetliła coś, czego nie spodziewała się tam zobaczyć. Na widok twarzy nieznajomego, który stał w bezruchu, odskoczyła, a świeca upadła na ziemie, zapalając starą szmatę, leżącą pod stolikiem. Materiał natychmiast zajął się ogniem, a tajemniczy obserwator nie tracąc czasu doskoczył do wiadra z wodą do mycia podłóg i ugasił pożar, zanim dziewczyna zdążyła postąpić choćby krok. 
- Nie ma za co – mruknął, kręcąc nosem nad pozostałościami wysłużonej ścierki. - Więc to Wasza Wysokość podjada nam słodkości...
- Am... przepraszam... - szepnęła, nie podnosząc wzroku. Była zmieszana, a on był dumny z siebie. Nakrył złodzieja. W pewnym sensie...
- Nie przepraszaj, to twoja kuchnia. Twój pałac. Twoja ziemia. Czy Wasza Wysokość życzy sobie śniadanie? 
- Jesteś kucharzem?
Będę... Na razie jestem tylko pomocnikiem, ale mówią, że dobrze rokuję. To jak?
Skinęła głową i usiadła przy stole, podczas gdy on zapalił więcej świec i umył ręce.
- Może po prostu odgrzeję kolację?
- Dobrze, dziękuję. 
- Chyba, że wolisz ciasto... - Teatralnym gestem odkrył pokrywę, pod którą znajdował się jeden z najlepszych specjałów szefa kuchni. 
Jej uśmiech uznał za „tak” i odkroił dwa pokaźne kawałki, po czym jeden z nich przełożył na talerz. Podał jej i usiadł naprzeciwko zajadając się drugim. 
- Jeśli mnie nie zdradzisz, to ja nie zdradzę ciebie. Umowa stoi? - zapytał z czarującym uśmiechem, a dziewczyna ukryła rumieńce pod jasnymi lokami, które okalały jej twarz.
Pokiwała głową. To był początek obiecującej znajomości, opartej na conocnym objadaniu się i pogaduchach na tematy, których Torunn nie mogła poruszać z nikim, od kiedy wróciła z Midgardu. Oddaliła się od matki, a ci wszyscy ludzie, którzy otaczali ją od czasów dzieciństwa, nagle stali się obcy. Kai stał się jej powiernikiem i jedynym przyjacielem, na jakiego mogła liczyć. 

poniedziałek, 14 lipca 2014

WW, 3 rozdział, fragment

Wiadomość o chorobie lub śmierci bliskiej osoby odbierana jest na różne sposoby. Wiele zależy od tego, jak się o tym dowiadujemy.
Kiedy Bifrot przeniósł Torunn do Asgardu, Heimdal - strażnik mostu - poprosił by niezwłocznie udała się do pałacu, ponieważ jej matka ma do przekazania bardzo ważne wieści. Młoda wojowniczka o nic nie pytała, wyruszyła w drogę, ciesząc się, że po miesiącach nieobecności w końcu powróciła do domu.
Wrota do sali tronowej stały otworem. Dziewczyna przekroczyła je pewnym krokiem i rozejrzała się. Słyszała jedynie stukot swoich butów, była sama.
- Matko? - zawołała, nie zatrzymując się.
Stanęła dopiero przed tronem. Wtedy boczne drzwi skzypnęły, a do sali weszła kobieta, nie mogącą mieć więcej niż czterdzieści lat. Powagi dodawały jej związane w kok brązowe włosy. Miała na sobie ciemne szaty, sptlotła ręce na wysokości pasa i popatrzyła na swoja kochaną córkę z niewyobrażanym smutkiem. W tym spojrzeniu krył się również strach. Strach przed tym, co miała do przekazania.
Dziewczyna zauważyła to, dlatego podeszła do niej trochę niepewnie. Uściskały się, a potem Torunn przyjrzała się matce z troską.
- Co się dzieje? - zapytała cicho. - Gdzie jest ojciec?
- Musimy o tym porozmawiać - odpowiedziała. Jej oczy mimowolnie wypełniły się łzami, a księżniczka przetłumaczyła to sobie. Wstrzymała oddech, bojąc się, że myśli, jakie pojawiły się w jej głowie, okazą się prawdą. - Usiądźmy... - dodała, obejmując córkę i wskazując na marmurowe schody.
- Matko... - zaczęła, jednak nie potrafiła zadać pytania. Głos załamał się, a serce biło znacznie głośniej. Słyszała każde uderzenie.
- Zabronił ci mówić. Nie chciał byś wiedziała o chorobie... Jakiś czas przed twoim wyjazdem ktoś podał mu truciznę, na którą nawet on nie był odporny. Medycy nie znali tej substancji... Nie mogli nic zrobić...
Torunn skupiała się na każdym słowie, analizowała zdania i starała się zrozumieć. Jednak nie potarfiła.
- Dlaczego o niczym mi nie powiedzieliście!? - wybuchnęła. - Gdybym wiedziała... Nie wyjechałabym! Nie zostawiłabym go!
- Właśnie dla tego, kochanie. Właśnie dla tego... Wiesz jak kochał Midgard. Pragnął, byś pomogła im zwalczyć zło tak, jak sam robił to przez całe życie.
- Ale, matko... - Wyciszyła się i wbiła wzrok w podłogę. - Kiedy...
- Kilka tygodni temu. - Przytuliła ją, głaszcząc po ramieniu, by dodać otuchy, której sama potrzebowała. - Torunn, kochanie... wiesz, co będziesz musiała zrobić, prawda? Co cię teraz czeka, co jest ci pisane...
Skinęła głową, nie mogąc wydusić ani słowa. Całe ciało odmawiało posłuszeństwa, informacja o śmierci ojca sparaliżowała ją.
- Chcesz żebym z tobą została? - zapytała czule, wciąż tuląc blondynkę.
- Nie... - zdołała wymówić, a kobieta wstała i popatrzyła na nią z wahaniem. Jednak zdecydowała się odejść. Pozwolić córce na poukładanie myśli i zrozumienie.
Odwróciła głowę i popatrzyła na okazały, złoty tron. Nieobecne spojrzenie błądziło po ścianach ogromnej sali. Po kolumnach i zdobieniach... Dopiero wtedy pojęła, dotarło do niej. Siedząc na schodach, gorzko zapłakała. Ukryła twarz w dłoniach, ale łzy odnajdywały drogę między placami i uciekały na posadzkę.

poniedziałek, 7 lipca 2014

rozdział 2 WW

Audrey Hover uważnie wpatrywała się w ekran telewizora, tak samo jak dziesięciu jej najbliższych przyjaciół. Relacja z obrad parlementu w Kapitolu była emitowana na żywo. Wokół budynku zebrały się tłumy ludzi.
- Zatwierdzą to - mruknął Even.
- Każdy to wie.
- Nie wiem po co to oglądamy. Wiadomo, że zaostrzą przepisy.
- Zamknijcie się wszyscy! - warknęła zairytowana Drey i teatralnym gestem podgłośniła urządzenie.
"Dzisiaj najważniejsi urzędnicy w państwie zebrali się, by omówić nowe ustawy dotyczące mutantów. Po wydarzeniach sprzed sześciu miesięcy rząd podchodzi do tematu bardzo stanowczo. Dowiedzieliśmy się, że istanieją jeszcze nierejestrowani mutanci, nawet tacy o siódmym stopniu zagrożenia. Proszę się jednak nie martwić, kraj dba o swoje społeczeństwo. Nowe przepisy najprawdopodobniej zaczną obowiązywać od przyszłego tygodnia" - mowiła młoda reporterka, a w tle widać było Amerykanów z transperentami, na których umieszczono hasła głoszące nienawiść do nadludzi. "Już za chwilę dowiemy się czegoś konkretnego, proszę zostać z nami."
- Ale wszyscy sa przeciwko nam...? Co z Tarczą? Przecież... - zaczął młody mutant, jednak Audrey przerwała mu, będąc w parszywym humorze.
- Tarcza nie ma nic do gadania, Clint. Mają pilnować porządku, ale nie mają prawa głosu. A jesli zaczęliby się stawiać, zmieniliby dowódce na swojego zafanego człowieka. Będziemy musieli być ostrożniejsi.
- Nie da się bardziej uważać... - szepnął ktoś z ostatniego rzędu.
- Na razie musimy czekać. Kied sprawa przycichnie zajmiemy się działaniem.
"Tak, mamy dla państwa dobre wieści!" - Reporterka ponownie pojawiła się przed kamerą. "Nowe ustawy zostały wprowadzone!"
- Idę stąd - ogłosił zrezygnowany Even, a nie wiedząć żadnej reakcji, ze znudzeniem kopnął w niedomknięte drzwi i opuścił pomieszczenie z rękami w kieszeniach jeansów. Teleportował się do spiżarni, by wziąć sobie przekąskę na wieczór. Jego uszy od razu wychwyciły niepożądane dźwięki, więc znieruchomiał, starając się dosłyszeć coś więcej. Ktoś tu był. Może dwie osoby.
Wolnym krokiem przeszedł się wzdłuż ściany, regały z jedzeniem były porozstawiane bardzo gęsto, nie sposób było coś dojrzeć. Chłopak wzruszył ramionami i sięgnął po paczkę chipsów. Wyszedłby i zapomniał o wszytskim, ale tak się nie stało, gdyż błękitne promienie nagle odrzuciły go na ściane. Zanim w nią uderzył zdołał teleportować się w miejsce, z którego wystrzelono wiązki.
- Ładnie to tak? - zapytał, gdy drobna blondynka z zaskoczeniem zarejestrowała jego obecnośc tuz obok. Nie zastanawiała się jednak długo. Złapała za opakowanie mąki jednym ruchem rozdarła papier, rzucając paczkę w kierunku mutanta. Zerwała się do biegu, a Even pokręcił głową, wywracając oczami i niemal natychmiast pojawił się przed nią. Złapał dzieewczyne za ręce i wykręcił je do tyłu by nie mogła powtórzyć numeru z promieniami.
- Jeśli powiesz kim jesteś i co tu robisz, to może cię nie zabije - szepnął jej do ucha.
Nie miała zamiaru odpowiadać. Machnęła głową tak, że [rawie rozbiła mu nos. W tym samym momencie kopnęła go w kostkę. Uwolniła się i nie tracąc czasu uciekła w kierunku drzwi na korytarz. Wybiegł za nią z kilkudekundowym opuźnieniem, ale szybko zatrzymłą się i zaklął pod nosem. Mogła udać się wszędzie, podziemne przejścia rozciągały się pod niemal całym San Francisco. Zaklął pod nosem i teleportował się do biura dowództwa ruchu oporu.
- Mamy gościa - powiedział, zwracając na siebie uwagę zebranych. - Mutantka.
- Zbierzcie ludzi i złapcie ją. Jeśli jest szpiegiem i wyjdzie na powierzchnię...
To wystarczyło, by wszyscy obecni wyruszyli na poszukiwania. Even opisał ją, a minutę później z głośników zaczęto nadawać komunikat. Każdy mutant w bazie rozglądał się, wypatrując blondynki pasującej do portretu pamięciowego.
  - Jest przy zbiornikach - poinformował jeden z wyżej postawionych.
Akcja przeniosła się do jaskini, gdzie ustawiono cysterny z pitną wodą. Audrey machnęła ręką, dając znać, że reszta ma się rozejść. Jedenastu mutantów rozpoczęło polowanie. Niektórzy z nich zabrali ze sobą pistolety, innym wystarczyła moc. Stąpali z największą ostrożnością, wiedząc, że najcichszy szmer może ich zdradzić. Sami oczekiwali takiego szmeru ze strony uciekinierki. Przez kilkadziesiąt sekund przeszukiwali pomieszczenie, a kiedy byli już pewni, że jej tam nie ma - dziewczyna zaskoczyła wszytskich, zeskakując ze skalnej półki i rażąc ich silnym promieniem. Uciekła. Znowu.
- Kim, do cholery, ona jest!? - warknęła Audrey, zbierając się z ziemi. - Gonić ją! - dodała rozeźlona.
Cała banda puściła się za blondynką, która bawiła się coraz lepiej. Z kpiącym uśmieszkiem na twarzy przemieszczała się przed nieznane korytarze, starając się zapamiętać jak najwięcej. Poczuła delikatny zefirek, wiedziała, że zmierza we właściwym kierunku. Usłyszała krakanie i westchnęła z ulgą. Wyjście było już blisko. Odgarnęła kawał starego dywanu, który maskował wylot z nory i zmrużyła oczy, pod wpływem ostrych promieni słonecznych. Kiedy przyzwyczaiła się do światła - zauważyła, że wcale nie poszło jej tak dobrze jak sądziła.
- Mamy cię - powiedział teleporter. Poczuła się słabo, wiedziała, że stojący obok telepata właśnie zakrada się do jej umysłu i usypia ją. Straciła przytomność dokładnie pięć sekund później.
***
Zamrugała starając się przyzwyczaić do oślepiającego światła lampki zawieszonej pod sufitem. Pomieszczenie było ciasne, znajdował sie tam jedynie stół i dwa krzesła. Do jednego z nich została przywiązana. Wystarczyła jedna próba wyrwania się z uwięzi by otworzyły się drzwi. Do środka weszły dwie osoby: telepata i Audrey Hover. Mutantka usiadła na przeciwko, a chłopak stanął tuż obok niej ze skrzyżowanymi rękoma.
- Nie jesteś zarejestrowana - powiedziała Hover. - Sprawdziliśmy cię, ale musimy się dowiedziec kilku rzeczy od ciebie, nie z bazy danych Tarczy.
Nie zareagowała. Patrzyła w jedne, nieruchomy punkt na ścianie, a kiedy przysłonił go chłopak - przeniosła wzrok na stół.
- Anita Johnes - kontynuowała - jesteś agentką Żołnierzy. To znaczy byłaś. W końcu wszytsko się rozpadło... Co tutaj robisz? Gdybyś chciała się przyłączyć podeszłabyś do tego inaczej. Ty nas szpiegowałaś. Dlaczego? Dla kogo?
Blondynka wciąż wydawała się być niezainteresowana rozmową.
- W porządku. Clint, twoja kolej.
Zamienili się miejscami. Dziewczyna nie mogła zrobić nic, poza wzniesiem muru obronnego w swojej głowie. Telepata szybko rozbił go i dostał się do środka. Przeglądał jej myśli jak gazetę. Nie podobało jej się to.
- Przestań... - powiedziała, starając się odbudować zaporę. Na nic.
- Przestań! - powtórzyła znacznie głośniej.
- Powiesz nam wszystko?
Popatrzyła na niego. W jej głowie przechowywane były informacje, których nikt nie mógł poznać. Ujawnienie historii z kilku ostatnich miesięcy czy nawet lat nie było wygórowaną ceną. Skinęła głową.
- Miałaś przy sobie aparat, robiłaś zdjęcia z zewnątrz i wewnątrz. Po co? Dla kogo?
- Dla pewnego gościa - odparła. - Chcę wiedzieć jak wygląda sytuacja mutantów.
Audrey zerknęła na telepatę, który przesłał jej krótkie potwierdzenie. Na razie mówiła prawdę.
- Co to za gość? Po co mu ta wiedza?
- Może ciekawość.
- Czemu sam tu nie przyjdzie?
- Nie może.
- Dlaczego? - zapytała Drey, czując, że traci cierpliwość.
- Ukrywa się. Nie może się wychylać. A już na pewno nie może ujawnić się mutantom.
- Dlaczego? Boi się?
- Sam nim jest, więc nie. Nie boi się.
- Czekaj... już nie rozumiem. Skoro jet mutantem, to tym bardziej powininen się tu pojawić. Dlaczego tego nie zrobi? Dlaczego się ukrywa i to w takim momencie? Rząd znowu zacieśnia więzy.
- Nie może nikomu ufać.
- A ty? Tobie ufa?
- Nie do końca... Nigdy się nie spotkaliśmy. Nie wiem jak wygląda, jak się nazywa. Mówi o sobie Phantom. A porozumiewany się przez internet, doastje pienieze przelewem, informacje wysyłam mu bezpiecznymi komunikatorami.
- Jak cię znalazł? Albo jak ty znalazłaś jego?
- Zostałam wyszkolona po to, by mu pomagać. Dokładnie w dwa lata po zakończeniu Wielkiej Wojny mieliśmy się skontaktowac po raz pierwszy.
- Ciągle nam czegoś nie mówisz. Dlaczego ukrywa się samotnie i nie ujawnia się nikomu. Powiedz to, albo mój przyjaciel sam znajdzie odpowiedz - zagroziła, zacisjając zęby. To nie miało dla niej sensu.
Anita cicho westchnęła, jakby analizując dostępne opcje. Zdała sobie sprawę, że jest tylko jedna - powiedzieć.
- Phantom jest mutantem dziesiątej klasy.